A teraz tenże Y Combinator ogłosił, że zrobi całkiem spory ekonomiczny eksperyment. Będzie wysyłał 100 rodzinom w pobliskim Oakland (to taki zubożały zdezindustrializowany krewny San Francisco po drugiej stronie Zatoki) pieniądze. Od tysiąca dolarów do dwóch. Eksperyment ma potrwać około roku. I pokazać, jakie skutki może przynieść potężny mechanizm redystrybucyjny w postaci gwarantowanego bezwarunkowego dochodu.

Sprawa jest ciekawa i politycznie, i ekonomicznie. Są kraje, które nad takim rozwiązaniem rozmyślają całkiem poważnie. Na przykład Szwajcarzy, gdzie temat został niedawno poddany pod referendum, lecz upadł. Przynajmniej na razie. Piszę „na razie”, bo akurat dochód gwarantowany ma jedną wielką zaletę: budzi nadzieje po obu stronach spektrum debaty ekonomicznej. Najgłośniej chwali go lewica. I to różnej maści. Socjalliberałowie widzą w nim mechanizm walki z rosnącymi nierównościami majątkowymi, które zagrażają dalszemu istnieniu kapitalizmu. Ale to nie koniec. Trochę bardziej radykalni socjaliści też są za, bo uważają, że pewna suma gwarantowanego i bezwarunkowego dochodu pozwoli pracownikom wzmocnić swoją pozycję na nadmiernie zglobalizowanym rynku pracy zdominowanym przez kapitał (pracodawców). Popytowcy (których coraz więcej w głównym nurcie debaty ekonomicznej) liczą z kolei, że dofinansowanie spauperyzowanych robotników i klasy średniej ożywi koniunkturę, pozwalając zachodnim gospodarkom wrócić na ścieżkę wzrostu. A jeszcze do tego postmarksiści są zdania, że pieniądze „za nic” nie są wcale za nic. Tylko stanowią słuszne zadośćuczynienie za proces pierwotnego wywłaszczenia szerokich mas społecznych (epoka feudalna), który otworzył drogę do tzw. pierwotnej akumulacji kapitału. A w świecie z gwarantowanym dochodem wreszcie nastąpić może postulowane przez Marksa wyzwolenie się człowieka z krępującego go przymusu zarabiania na życie. Co przeniesie pracę w nowe (dostępne dziś tylko elitom) rejony samorealizacji poprzez pracę.

Co jednak najciekawsze, gwarantowany dochód podstawowy pociąga również ekonomicznych konserwatystów. Nie na darmo przypominają oni, że pomysłodawcą takiego rozwiązania jest guru najtwardszych ekonomicznych liberałów (a nawet części libertarian) Milton Friedman. Jego propozycja nazywała się „podatkiem negatywnym”, lecz polegała niemal dokładnie na tym samym, co gwarantowany dochód podstawowy. Był tu jednak jeden haczyk. Friedman chciał, by podatek negatywny zastąpił socjalne komponenty państwa dobrobytu. I ograniczył wpływy administracji, której w modelu welfare state przypadła rola sędziego ustalającego warunki przyznawania wsparcia. Krótko mówiąc, nadzieje związane z dochodem podstawowym są niezwykle szerokie: od ratowania kapitalizmu, przez wskrzeszanie wolnego rynku, po wizję, że on ten kapitalizm wreszcie wysadzi w powietrze.

To rozwiązanie pociąga również ekonomicznych konserwatystów. Nie na darmo przypominają, że jego pomysłodawcą jest guru najtwardszych ekonomicznych liberałów (a nawet części libertarian) Milton Friedman

Tym bardziej cieszy, że będzie można sprawdzić realne ekonomiczne konsekwencje sięgnięcia po ten nietypowy instrument. A nie tylko po podszyte ideologią oczekiwania. Pewne badania w tym temacie ekonomiści już prowadzili. Zwłaszcza w krajach biednych, gdzie dawanie ludziom pieniędzy przez dłuższy czas jest dużo mniej kosztowne. Efekty były raczej pozytywne, a obawy, że dochód gwarantowany stanie się zachętą do niepracowania, okazały się płonne. Co innego jednak sprawdzić to w warunkach pierwszego świata. Oczywiście można narzekać, że próbka niewielka (cóż to jest 100 rodzin?) i bardzo krótka (cóż to jest rok?). Ale tak czy inaczej wyniki będą bardzo ciekawe.