statystyki

Woś: Powinniśmy pracować krócej, ale zarabiać tyle samo

08.01.2016, 09:03; Aktualizacja: 08.01.2016, 09:36
Rafał Woś

Rafał Wośźródło: Dziennik Gazeta Prawna

Liberałowie bardzo nie lubią mówić o skracaniu dnia pracy. Mówią, że to złe dla gospodarki. Ale jak ich tak lepiej przycisnąć, to wychodzi, że argumenty mają cieniutkie. Bo niby dlaczego skrócenie dnia pracy z ośmiu do sześciu godzin albo wprowadzenie wolnego piątku miałoby zrujnować gospodarkę? Że niby zmniejszyłby się poziom produkcji? Niekoniecznie. Na stanowiskach ściśle związanych z produkcją można przecież wprowadzić zatrudnienie rotacyjne. W innych miejscach gospodarki wiele by dała lepsza organizacja i eliminacja tzw. (za przeproszeniem) dupogodzin. Dobrze tu widać, że nie o to w całym tym sporze o czas pracy chodzi. Bo liberałowie tak naprawdę boją się czegoś innego. Nie chcą krótszej pracy i dzielenia stanowisk, bo to oznacza konieczność zatrudniania przez biznes dodatkowych ludzi. Boją się kosztu. I faktycznego zwiększenia udziału pracownika w zyskach przedsiębiorstwa. Bo taki byłby – koniec końców – efekt krótszej pracy za tę samą płacę.

reklama


reklama



W Polsce o takich rzeczach przeczytać czy usłyszeć można rzadko. Nie to, co na przykład w takich Stanach Zjednoczonych. W najnowszym numerze lewicującego kwartalnika „Democracy” właśnie w tej sprawie głos zabrał ekonomista Dean Baker, założyciel waszyngtońskiego think tanku CEPR. Tekst pod hasłem „Mniej pracy, więcej wypoczynku” jest oczywiście osadzony w kontekście startujących wkrótce prezydenckich prawyborów. A Baker próbuje do swoich pomysłów zarazić zarówno bardziej radykalnego Berniego Sandersa, jak i centrową Hilary Clinton. Republikanie „Democracy” pewnie raczej nie czytają.

Teza Bakera jest prosta. Wszyscy wiemy, że głównym problemem zachodnich gospodarek (a amerykańskiej w szczególności) jest rozjazd produktywności i płac. To pokłosie neoliberalnej gorączki ostatnich 40 lat. Przyczyn jest wiele: globalizacja, słabość związków zawodowych, wycofywanie się państwa z roli gospodarczego moderatora. W efekcie od późnych lat 70. biznesowe zyski coraz szerszym strumieniem trafiają do najbogatszych posiadaczy kapitału (pracodawców, akcjonariuszy), a nie do świata pracy. To z kolei pompuje nierówności, które – dziś już nikt temu nie zaprzeczy – są poważnym problemem społecznym. Proste i czytelne.

Ale dalej już wcale tak łatwo nie jest. Bo namierzyć ten problem oczywiście nietrudno. Ale konia z rzędem temu, kto będzie potrafił go rozwiązać. Przecież w zglobalizowanym i zliberalizowanym świecie gospodarczym kapitał nie boi się nikogo i niczego. Państwowa regulacja? Wielkie rzeczy! Nacisk zorganizowanego świata pracowniczego? Słaby, rozbity i niegroźny! Można oczywiście oczekiwać, że kapitał sam z siebie zacznie się tymi zyskami dzielić. Ale to nadzieja raczej pozbawiona racjonalnych podstaw.

Nie – przekonuje Baker – do sprawy trzeba podejść z zupełnie innej strony. Skoro nie w wynagrodzeniu, to niech większy udział pracownika w zyskach zmaterializuje się przynajmniej w postaci wolnego czasu. Pole manewru istnieje. Zwłaszcza w krajach takich jak USA, gdzie pracuje się sporo więcej niż w Europie Zachodniej (do tego dochodzi jeszcze problem płatnych urlopów, które w Ameryce są nadal luksusem, a nie normą). Notabene bardzo to opowieść Bakera zbliża do naszych realiów, bo akurat statystyczny Polak pracuje jeszcze więcej niż Amerykanin (proszę zajrzeć do statystyk OECD). A i z płatnymi urlopami w warunkach polskiego prekariatu bywa bardzo źle. Na dodatek skrócenie czasu pracy (bez obcinania pensji oczywiście) zbliża nas jeszcze do jednego ważnego celu makroekonomicznego: pełnego zatrudnienia. A więc (makroekonomicznie bardzo pożądanej i nie dajcie się przekonać, że jest inaczej) sytuacji, w której pracują ci wszyscy, którzy chcą i mogą. Nie muszę pewnie dodawać, jak pozytywnie takie zatrudnienie odbiłoby się na ogólnym poziomie produkcji i na PKB.

Ale tego wszystkiego liberałowie nie chcą widzieć. Zapatrzeni w interes jednej tylko klasy społecznej (tych silniejszych i/bo zasobnych w kapitał), krytykując krótszą pracę, nie odwołują się do prawideł ekonomii. Tylko opacznie rozumianych zasad moralnych. Z quasi-religijnym zapałem dowodząc, iż oszczędnością i pracą ludzie się bogacą. A że nie ma to wiele wspólnego z rzeczywistością, to już niezbyt ich interesuje.

Liberałowie nie chcą naszej krótszej pracy, bo to oznacza konieczność zatrudniania przez biznes dodatkowych ludzi. Boją się kosztu. I faktycznego zwiększenia udziału pracownika w zyskach przedsiębiorstwa

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy INFOR Biznes. Zapoznaj się z regulaminem i kup licencję

reklama


Źródło:Dziennik Gazeta Prawna

Polecane

  • XXYYZZ(2016-01-08 13:08) Odpowiedz 51

    Czyli proste reguły ekonomii i psychologii pracy. Proste jest genialne, a genialne rozwiązania są proste! Ale jakie to trudne...

  • tu nigdy nie będzie dobrze(2016-01-09 14:03) Odpowiedz 31

    Najgłupsze jest łażenie do pracy codziennie na godzinę 7 czy 8 . Muszę przyjść, przez to, że rano muszę się zrywać i lecieć do roboty przychodzę zmęczony. Więc moja wydajność jest niższa niż wtedy gdy byłbym wypoczęty. Podobnie z siedzeniem w robocie. Są dni, w które jestem odrobiony np. o 13. Potem już tylko siedzę. Albo rzecz wymaga przemyślenia, a w dany dzień rozwiązania nie potrafię znaleźć. Albo np. jestem zmęczony zwyczajnie i robota mi nie idzie. Gdybym się zdrzemną, to pewnie wieczorkiem zrobiłbym wszystko bez problemu. No ale o 15 albo 16 idę do domu. Jestem niewyspany i zmęczony walką ze zmęczeniem i snem i w domu za robotę się nie biorę, bo jestem zmęczony. Do tego absurdalna organizacja pracy. Sadzanie kilu ludzi w jednym pokoku. Jeśli praca jest koncepcyjna, to dzięki takiej organizacji staje się antykoncepcyjna. Sadza się po kilku ludzi, bo przecież jakby ktoś siedział sam to by mógł się drzemnąć, albo jeszcze co gorszego. I nieważne, że wskutek wzajemnego przeszkadzania wydajność jest bliska zeru, ważne żeby pracownika trzymać za mordę. W tym kraju EKO-NOMIA nie istnieje. W tym kraju udaje się, że kieruje się ekonomią. Tutaj jest pańszczyźniany zamordyzm, bo zarządzający tym bajzlem nie potrafią liczyć. Praca jest organizowana jak w XIX wieku. Wiele pracy można wykonywac w domu, ale nie, bo wtedy nie byłoby kim poniewierać.

Twój komentarz

Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.

Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!

Redakcja poleca

Prawo na co dzień

REKLAMA

Polecane

reklama