Prace nad nią trwały przez ostatnie cztery lata i wciąż jej nie mamy. Chodzi o nową ustawę o Bankowym Funduszu Gwarancyjnym, która ma zastąpić przepisy obowiązujące (z niewielkimi zmianami) od 1995 r. Mają w niej znaleźć się m.in. zasady tzw. uporządkowanej likwidacji banków – czyli jak można w weekend (bo zwykle dzieje się to właśnie w wolne dni) poradzić sobie z bankrutującym bankiem tak, by w jak najmniejszym stopniu dotknęło to osób trzymających w nim pieniądze. Można połączyć cały taki bank z instytucją będącą w dobrej kondycji, można sprzedać wybrane części jego biznesu, można szukać innych rozwiązań. Trzeba tylko mieć podstawę prawną, by to robić.

Prace zaczęły się w 2011 r., kiedy Komitet Stabilności Finansowej (czyli minister finansów, szef NBP i przewodniczący KNF) powołał grupę roboczą do opracowania projektu. Mniej więcej po roku propozycja była gotowa. Po kolejnych kilku miesiącach rozpoczęła się formalna procedura – konsultacje projektu. Trwały długo, bo najpierw pojawiło się sporo zastrzeżeń, a później okazało się, że Unia Europejska przyjęła specjalną dyrektywę dotyczącą uporządkowanej likwidacji banków (obecnie u nas nazywa się to już przymusową restrukturyzacją) i nasze przepisy trzeba było do niej dostosować. To oznaczało kolejne konsultacje i uzgodnienia. Sukces był blisko: trzy dni przed wyborami projektem zajmował się stały Komitet Rady Ministrów. W dniu jego posiedzenia Komisja Europejska pozwała sześć unijnych krajów, w tym Polskę, za niewdrożenie dyrektywy o uporządkowanej likwidacji.

Ale to historia z połowicznym happy endem. Z początkiem listopada zaczęła bowiem obowiązywać zupełnie nowa ustawa o nadzorze makroostrożnościowym, dzięki której BFG stał się organem uporządkowanej likwidacji. A połowicznym, bo prace nad nową ustawą o BFG przecież ciągle trwają.