statystyki

Barbara Garlacz: W Polsce ryzyko walutowe przenoszono na kredytobiorcę

autor: Małgorzata Kryszkiewicz22.09.2015, 07:37; Aktualizacja: 22.09.2015, 09:23
kredyty, finanse osobiste

kredyty, finanse osobisteźródło: ShutterStock

Jeśli Trybunał Sprawiedliwości UE uzna, że umowa kredytu denominowanego nie stanowi instrumentu finansowego, to jeszcze nie oznacza to, że tego typu umowy są ważne - wyjaśnia ekspertka.

W zeszłym tygodniu rzecznik generalny TSUE uznał, że kredytów denominowanych w walucie obcej nie można traktować jak instrumentów finansowych. Dlaczego nie podoba się Pani ta decyzja?

Już samo słowo wstępne do tej opinii jest wewnętrznie sprzeczne: z jednej strony rzecznik sugeruje odmowę udzielenia odpowiedzi na pytanie z uwagi na niewystarczająco precyzyjne opisanie stanu faktycznego i prawnego sprawy zawisłej przed sądem węgierskim, a z drugiej strony w kolejnym akapicie stwierdza, że sprawa dotyka ważnego społecznie i ekonomicznie problemu w państwach członkowskich, zaś w kolejnych akapitach przytacza sprawę Kásler and Káslerné Rábai (C 26/13), którą Trybunał zajmował się i która dotyczyła tego rodzaju umów, zatem detale funkcjonowania tego typu kredytów są znane Trybunałowi.

Pani zdaniem sąd węgierski zrobił wszystko, co do niego należało?

Rzecznik wytknął sądowi węgierskiemu, że nie wskazał konkretnych zapisów umowy kredytowej ani nie wskazał w jakiej walucie denominowany jest kredyt, ani też dlaczego strony znalazły się w sporze sądowym. Tymczasem należy zauważyć, że sąd węgierski opisał mechanizm przewidziany umową i zapytał TSUE, czy ten mechanizm stanowi instrument finansowy pod dyrektywą MiFID. To, w jakiej walucie jest denominowany kredyt i z jakiego powodu doszło do sporu sądowego, ma znaczenie drugorzędne, skoro oceniana jest treść umowy i mechanizmu w nią wbudowanego. Wydaje się jednak, że w tej konkretnej sprawie, sąd węgierski powinien był bardziej wyłuszczyć funkcjonowanie mechanizmu ujętego w umowie na gruncie stanu faktycznego sprawy, np. odnieść go do konkretnych wartości, które na podstawie tego mechanizmu były przeliczane pomiędzy klientem a bankiem, a ponadto wskazać w czym upatruje on tego, że jest to instrument finansowy. I właśnie te braki Rzecznik wykorzystał jako formalną przesłankę pozwalającą na zarekomendowanie TUSE uchylenia się od odpowiedzi.

Czy opinia rzecznika może mieć znaczenie dla polskich kredytobiorców?

Rzecznik wyraźnie dwukrotnie wskazał, że kredyty denominowane pozwoliły na przeniesienie ryzyka walutowego na kredytobiorcę, co może mieć istotne znaczenie dla oceny umów kredytowych z punktu widzenia prawa polskiego, tj. zasady ekwiwalentności z Kodeksu Cywilnego. Zgodnie z nią umowa już u podstaw powinna być ukształtowana w sposób zapewniający równowagę, a w razie braku jej zapewnienia, jest nieważna.

Na czym rzecznik oparł swoją tezę, że umowa o kredyt denominowany nie jest instrumentem finansowym?


Pozostało jeszcze 70% treści

Czytaj wszystkie artykuły na gazetaprawna.pl oraz w e-wydaniu DGP
Zapłać 97,90 zł Kup abonamentna miesiąc
Mam kod promocyjny
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy INFOR Biznes. Kup licencję

Polecane

Komentarze (1)

  • jakim(2015-09-24 20:48) Zgłoś naruszenie 10

    • zanim tu się zjawi stado krzykaczy, postaram się wyjaśnić o co chodzi z tymi kredytami, które potocznie nazywa się “frankowymi”:

    W przypadku normalnych kredytów złotówkowych zobowiązania kredytobiorcy reguluje jedna zmienna - oprocentowanie wynikające z WIBOR.
    W przypadku kredytów indeksowanych do CHF zobowiązania kredytobiorcy regulują dwie zmienne: - stawka oprocentowania wynikająca z LIBOR - oraz kurs PLN/CHF

    W OBU RODZAJACH KREDYTÓW KAPITAŁ ZOSTAŁ JEDNAK WYPŁACONY W ZŁOTÓWKACH, a indeksacja do kursu CHF jest tylko zabiegiem księgowym służącym określeniu bazy kapitałowej do wyliczenia wielkości raty wynikającej z oprocentowania LIBOR. Mówiąc prościej - oprocentowana stawką LIBOR jest nie kwota, która bank faktycznie pożyczył, tylko kwota, która wynika z przemnożenia wypłaconych pieniędzy przez mnożnik wynikający z aktualnego stosunku PLN do CHF. Oznacza to, że baza, od której naliczane są odsetki wynikające z aktualnego LIBORU jest ruchoma i zależy od bieżącego kursu franka. Kurs CHF i LIBOR się wzajemnie bilansują - jak kurs rośnie, to LIBOR maleje, jak kurs spada, to LIBOR rośnie. Dzięki temu wysokość rat jest w miarę stabilna. Jak kurs jest wysoki, to mamy niskie oprocentowanie, ale spłacamy więcej kapitału niż faktycznie pożyczyliśmy, a jak kurs jest niski to spłacamy mniej kapitału niż pożyczyliśmy, ale za to jego oprocentowanie jest wysokie. Bank tak czy inaczej wychodzi na swoje. Nie zmienia to faktu, że bank wypłacił kredyt w złotówkach i tylko te pieniądze są jego prawdziwym kosztem.

    dla przykładu:
    bank pożyczył w lipcu 2008 kapitał wysokości 100 tys PLN
    w tamtym czasie było to równe 50 tys CHF, i do takiej kwoty jest INDEKSOWANY dług. proszę zapamiętać: indeksowany.
    Bank nie nalicza oprocentowania LIBOR od wypłaconych 100 tys PLN, tylko od 200 tys PLN (bo tyle jest dzisiaj warte 50 tys CHF). Czyli płacimy niskie oprocentowanie, ale od kwoty dużo większej niż faktycznie została pożyczona. Zwykła sztuczka księgowa. Bank nie ma żadnych zobowiązań w CHF, bo kurs tej waluty jest tylko odniesieniem. Równie dobrze odniesieniem mogłaby być liczba dni deszczowych w roku albo powierzchnia księżyca.

    Nigdzie po drodze nie pojawiają się żadne realne CHFy.
    Po pierwsze dlatego, że nie ma takiej potrzeby - kredyty zostały udzielone w złotówkach.
    Po drugie dlatego, że byłoby to niemożliwe - nikt w Polsce nie trzyma depozytów w CHF, więc jest oczywiste, że banki nie mogły sfinansować tak masowej akcji kredytowej kapitałem w tej walucie. Zresztą, gdyby w latach 2005-2008 na polskim rynku pojawił się popyt na kilkadziesiąt miliardów franków, to waluta ta momentalnie by zdrożała. Zamiast tego stało się odwrotnie - im więcej banki udzielały kredytów indeksowanych do CHF, tym bardziej ta waluta taniała (dołek to lipiec 2008).

    Powodem dla którego cały ten mechanizm był tak atrakcyjny dla banków jest SPREAD, czyli dodatkowa (nieujęta w umowie kredytowej) marża banku doliczana zupełnie arbitralnie do kursu po którym przeliczane są zobowiązania kredytobiorcy. Powoduje to, że realne oprocentowanie kredytu jest zupełnie inne niż to które nominalne wynika z zestawienia LIBOR z oficjalnym kursem NBP. Jest to sposób na obejście ustawy antylichwiarskiej.

    Ryzyko dla kredytobiorców jest takie, że jeśli z jakiegokolwiek powodu (choroba, utrata pracy, chęć zmiany lokum itd) będą chcieli się wycofać z umowy kredytowej w trakcie jej trwania, to bank postawi w tryb wymagalności właśnie tę wirtualną kwotę, która w obecnych warunkach kursowych znacznie przekracza nie tylko faktycznie pożyczony kapitał, ale również wartość zakupionej nieruchomości. Jedyną możliwością zerwania takiej umowy jest ogłoszenie bankructwa (ze wszystkimi konsekwencjami, które z tego wynikają). Dlatego potrzebna jest tutaj interwencja państwa. oczywiście interwencja prawna, a nie finansowa.

    odnośnie "przewalutowania" w odpowiedzi poniżej (przekroczyłem dopuszczalną ilość znaków)

    Odpowiedz

Twój komentarz

Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.

Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!

Redakcja poleca

Polecane