statystyki

Ale jaja, czyli bankowe nonsensy

autor: Andrzej Kidyba21.08.2015, 09:22; Aktualizacja: 21.08.2015, 09:37
Czy to koniec bankowych nonsensów? Nie.

Czy to koniec bankowych nonsensów? Nie.źródło: ShutterStock

Stare porzekadło „słowo droższe od pieniędzy” może przy dzisiejszej polityce banków odejść do lamusa.

Reklama


Nie, ten felieton nie będzie o jajach wielkanocnych. Co prawda sezon ogórkowy, ale temat do takich nie należy, choć na pewno będzie śmiesznie. Stąd początek tytułu wzięty z programu satyrycznego.

W ostatnim czasie firma doradcza Capgemini przedstawiła doroczny World Retail Banking Report, według którego w Polsce spadł wskaźnik satysfakcji klientów z obsługi banków. Zdarzyło się to pierwszy raz od pięciu lat. Banki jako instytucje zaufania publicznego pracują na swoją opinię w różny sposób, konkurując między sobą. Niewątpliwie na obraz banków w oczach klientów wpływ miały spory opcyjne, gdzie najczęściej klienci banków musieli ponosić koszty różnic kursowych. Zachowanie tych instytucji wobec klienta oceniane jest w kontekście spraw dużych, a takimi, poza opcjami, są kredyty we frankach, ale i w odniesieniu do spraw małych. Małych dla banków, dużych dla klientów.

Ciągłe zmiany strukturalne w bankach są trudno zrozumiałe dla klientów. Są one często efektem zmian własnościowych, przejmowania jednych banków przez inne i narzucania nowej struktury organizacyjnej. Często wiąże się to też z narzucaniem nowej (innej) polityki wobec klientów.


Pozostało jeszcze 84% treści

Czytaj wszystkie artykuły
Miesiąc 97,90 zł
Zamów abonament

Mam kod promocyjny
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy INFOR Biznes. Zapoznaj się z regulaminem i kup licencję
Więcej na ten temat

Reklama


Artykuły powiązane

Polecane

Komentarze (1)

  • bbbb(2015-08-21 12:26) Zgłoś naruszenie 00

    Finansowe produkty wysokiego ryzyka, które bankierzy sprzedali milionom Polaków jako „kredyty indeksowane/denominowane do kursu walut”, a dziś zwane jest „kredytami walutowymi” lub „kredytami frankowymi” nigdy nie były i nie są kredytami. Obowiązujące w Rzeczpospolitej brawo bankowe (art. 69 ust. 1) precyzyjnie definiuje czym jest kredyt.W świetle tego absolutnie podstawowego prawa dla działalności kredytowej banków, który określa wzajemne uprawnienia i obowiązki stron umowy kredytowej na kredytobiorcy ciąży obowiązek oddania bankowi nie jakiejkolwiek kwoty, nie kwoty będącej wynikiem giełdowej/spekulacyjnej gry na wzrost/spadek kursu czegokolwiek, ale kwoty dokładnie określonej w ustawie odpowiadającej „wykorzystanemu kredytowi”. Bankierzy – chcąc zwiększyć liczbę sprzedawanych kredytów i swoje zyski – świadomie więc sporządzili dla polskich klientów umowy sprzeczne z obowiązującym w Polsce prawem bankowym, nie bacząc, że tym samym prowadzą nieświadomych tej operacji klientów do „ubojni”, bo właśnie „ubojnią” nazywali między sobą bankowi sprzedawcy sale, gdzie podpisywano owe umowy.Niezrozumiałe są powymyślane przez autorów ustawy (i w dobrej wierze poprawiane przez część posłów opozycji) społeczne ograniczenia działania ustawy. Arbitralnie ustalona wielkość mieszkania czy domu, liczba dzieci w rodzinie, fakt czy był to jedyny lokal mieszkalny w posiadaniu kredytobiorcy i wszelkie inne pomysły przypominają sytuację, w której ze świadomie podpalonego przez terrorystów centrum handlowego, straż i policja wypuszcza tylko niektórych, sprawdzając ile mają dzieci, jak duże mają mieszkania, jaki mają kolor oczu albo czy rozmiar ich czaszki jest regulaminowy.Wmówiono wielu z nas, żeśmy sami sobie winni, że wolny rynek i kapitalizm dopuszcza wszelkie finansowe operacje, także diametralnie zmieniające charakter transakcji, bez wiedzy jednej z jej stron. Jak już podpisałeś umowę – toś złapany w pułapkę i nic nie poradzisz. Otóż jest to wierutna bzdura, szkodliwa, stanowiąca narzędzie wspomagania finansowej przemocy wobec nas. Warunkiem prawdziwego wolnego rynku jest obowiązywanie prawa, a kapitalizm wykształcił silne, jasne i konieczne mechanizmy regulujące finansowe relacje między podmiotami działającymi na rynku finansowym. Jednym z nich jest zasada rzetelnej informacji o oferowanym produkcie. Giełdowy inwestor ma prawo wiedzieć czy kupuje nisko oprocentowane, ale pewne obligacje państwowe, nisko oprocentowane, ale mało ryzykowne akcje stabilnych podmiotów, czy też chce zaryzykować wiele, mając nadzieję na wielki zysk – wtedy kupuje „junk bonds”. Akcje śmieciowe, na których można zarobić fortunę, albo też szybko wszystko stracić. Wolno mu. Ale musi być rzetelnie poinformowany, nie wolno sprzedać mu „junk bonds” w opakowaniu obligacji skarbu państwa. Opłacani z naszych pensji nasi pracownicy (prezydent, parlament, rząd, KNF, UOKiK, sądy, organa ścigania) są zobowiązani, by ustrzec nas przed kłamstwem nieuczciwych sprzedawców, zwanym „missellingiem”, sprzedawaniem junk bonds jako obligacji skarbu państwa. Kupując aspirynę w koncesjonowanej i pozostającej pod nadzorem polskiego państwa aptece musimy mieć pewność, że nie ma w niej trutki na szczury, strychniny. Przed połknięciem kupionej tam aspiryny, nie rozkrawamy jej, nie sprawdzamy składu. Bo ufamy naszemu państwu, że apteki nadzoruje. A ono kilka milionów z nas zawiodło, w nadzorowanych przez polskie państwo aptekach sprzedano nam w aspirynie strychninę. I tę strychninę trzeba z aspiryny wyrzucić. W całości. Bez dzielenia otrutych na wyleczenia godnych i wyleczenia niegodnych. A oszustów przynajmniej poinformować, że tak już robić nie wolno. Choć mnie bardziej podoba się rozwiązanie islandzkie, gdzie kilku najbardziej nieuczciwych bankierów siedzi w więzieniu.

    Odpowiedz

Twój komentarz

Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.

Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!

Redakcja poleca

Polecane

Reklama