statystyki

Współczesna szkoła ekonomiczna jest bezbarwna, a to niesie fatalne konsekwencje

autor: Rafał Woś26.04.2015, 15:00
ziemia, glob, biznes

Dogmatyczna polityka cięć wydatków publicznych realizowana w Europie od 2010 r. przynosi wiele fatalnych konsekwencji.źródło: ShutterStock

Liberalizm? Socjalizm? Keynesizm? Wydaje się, że to gdzieś między tymi wyrazistymi ideami rozgrywają się najważniejsze debaty współczesności. Ale to nieprawda. Najpotężniejsza dziś szkoła ekonomiczna jest zupełnie bezbarwna. Naturalna jak powietrze, którym oddychamy. I może dlatego jest tak niebezpieczna. To teoria wyboru publicznego (ang. public choice)

Reklama


Czy jest na sali ktoś, kto nie lubi duetu Levitt & Dubner? Ręka do góry. Nie widzę! Tym, którzy jakimś cudem nie wiedzą, o kogo chodzi, wyjaśnijmy, że pierwszy jest ekonomistą z Uniwersytetu Chicagowskiego i laureatem „młodego Nobla”, czyli nagrody im. Johna Batesa Clarke’a. Drugi to były dziennikarz ekonomiczny „New York Timesa”. Równo 10 lat temu obaj panowie uznali, że łączy ich więcej niż tylko imię (choć pisane w jednym przypadku Steven, w drugim zaś Stephen). To wówczas światło dzienne ujrzała „Freakonomia”. A więc książka, która – jak dotąd – sprzedała się w 5,5 mln egzemplarzy i została przetłumaczona na 40 języków (w tym na polski). Levitt i Dubner wyjaśniali w niej tak intrygujące kwestie, jak: co łączy nauczycieli z zawodnikami sumo, dlaczego Ku-Klux-Klan przypomina agentów nieruchomości albo czemu tak wielu dilerów narkotykowych mieszka u swoich mam. Pomysł chwycił. Felietony duetu Levitt & Dubner zaczęły się pojawiać w „NYT”, a potem panowie poczuli się wręcz tak silni, że poszli na swoje i założyli własny portal Freakonomics.com. Po „Freakonomii” pojawiła się w księgarniach „Superfreakonomia” (1,5 mln sprzedanych kopii), która rozprawiała się z kolejną serią dylematów egzystencjalnych, takich jak choćby: dlaczego uliczna prostytutka przypomina świętego mikołaja z domu towarowego lub co łączy Ala Gore’a z wulkanem Pinatubo. W maju tego roku do księgarń wejdzie zaś kolejna publikacja Levitta i Dubnera pod wiele mówiącym tytułem „When to Rob a Bank... And 131 More Warped Suggestions and Well-Intended Rants” (Kiedy napaść na bank... i 131 pokręconych porad oraz pełnych dobrych intencji tyrad). Niezależnie od tego, co Levitt i Dubner jeszcze wymyślą (a są duetem dosyć rzutkim), trzeba sobie powiedzieć uczciwie, że na poletku publicystyki ekonomicznej już zdołali wypracować sobie status postaci kultowych. Spopularyzowali bowiem pewien styl pisania. Polegający z grubsza na tym, że narzędzia analizy ekonomicznej zaprzęgli do rozważań o sprawach bardzo przyziemnych. Jak wówczas, gdy rozpisywali się o chicagowskiej prostytutce imieniem Allie, która postanowiła podnieść cenę swoich usług z 300 do 500 dol. (chciała pracować mniej), ale odkryła, że popyt wcale się nie zmniejszył. Bo okazało się, że w jej branży popyt jest (nomen omen) dosyć sztywny. Popracowała więc jeszcze parę lat w zawodzie. A potem wróciła na studia. Oczywiście ekonomiczne.

Ekonomiści tłumaczą nam życie

Stosowana przez Levitta i Dubnera metoda używania ekonomicznego żargonu i narzędzi do interpretowania każdego aspektu otaczającej nas rzeczywistości znalazła wielu naśladowców. Wspomnieć tu wystarczy niemniej poczytne „Sekrety ekonomii” felietonisty „Financial Timesa” Tima Harforda (książka jest po polsku). A są i tacy autorzy, którzy potraktowali swoje zadanie jeszcze bardziej agresywnie. Bo oni nie tylko tłumaczyli i bawili, lecz używali ekonomii jako sposobu na uzdrowienie różnych dziedzin życia. Taki choćby Tyler Cowen, ekonomista z Uniwersytetu George’a Masona i autor książki (nie wiedzieć czemu nieprzełożonej na polski) „An economist gets lunch” (Idzie ekonomista na obiad). Radzi więc, jak poznać i bezlitośnie wykorzystać strategie cenowe restauratorów. Na przykład: jeżeli przyszedłeś coś zjeść, to skoncentruj się na jedzeniu i skorzystaj z zachodzącego tu zjawiska subsydiowania tańszych posiłków przez droższe napoje. Cowen radzi też, jak wyzyskiwać restauracyjną siłę roboczą. I nie chodzi tu o skąpienie na napiwkach. Raczej o wybór takich miejsc, co do których możemy mieć pewność, że korzystają z tańszych pracowników: na przykład lokali rodzinnych (zwłaszcza prowadzonych przez imigrantów). Bo jest bardzo prawdopodobne, że pracują w nich żona, dzieci albo wnuki właścicieli. A tym zazwyczaj płaci się mniej niż najemnikom. Więc i relacja ceny do jakości będzie dla konsumenta korzystniejsza.


Pozostało jeszcze 77% treści

Czytaj wszystkie artykuły
Miesiąc 97,90 zł
Zamów abonament

Mam kod promocyjny
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy INFOR Biznes. Kup licencję
Więcej na ten temat

Reklama


Artykuły powiązane

Polecane

Twój komentarz

Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.

Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!

Redakcja poleca

Polecane

Reklama