W zamierzchłych czasach życie było proste. Do tego, by zadbać o zdrowie, wystarczyły dobre buty, w których można było pobiegać. Ewentualnie rower czy piłka. Oczywiście do tego, żeby kilka osób urządziło sobie mecz, wystarczyła jedna piłka.

Dziś jest inaczej. Jednego dnia mamy ochotę na nordic walking, trzeba nam więc odpowiedniego ubioru, butów i kijków. Kolejny dzień: jogging – wystarczą koszulka termiczna, legginsy i buty, tym razem kijków nie kupujemy. Następny: pływalnia – tanio: strój, czepek, klapki, okulary. I tak dalej, przy czym – rzecz jasna – każdego dnia przyda nam się smartfon, który zadba o nasze serce, przeliczy spalone kalorie i pozwoli się pochwalić osiągnięciami przed światem. Trudno nie odnieść wrażenia, że o nasz zdrowy tryb życia dbają przede wszystkim marketingowcy.

I to najwyraźniej skutkuje. Wystarczy porównać badania GUS dotyczące udziału Polaków w uprawianiu sportu z 2008 i 2012 r. W 2008 r. wydatek na jakikolwiek sprzęt sportowy zadeklarowało niecałe 9 proc. gospodarstw domowych. Cztery lata później było to już niemal 16 proc. Wydatki na sport i rekreację w 2008 r. poniosło 29 proc. rodzin, po czterech latach już ponad 41 proc. I najważniejsze – w 2008 r. przeciętne wydatki sportowe w przeliczeniu na gospodarstwo domowe wynosiły 975 zł, a po olimpiadzie (w sensie miary upływu czasu) mieliśmy wzrost do 1017 zł.

Wydane w ten sposób pieniądze to dowód, że coraz bardziej o siebie dbamy. Dowód namacalny, nawet jeśli nierzadko jedyny. A marża w kategorii „sprzedaż detaliczna wyrobów związanych z kulturą i rekreacją prowadzona w wyspecjalizowanych sklepach” należy do najwyższych w handlu detalicznym (w 2012 r. wynosiła niemal 28 proc., choć w porównaniu z dwoma poprzednimi latami nieco się obniżyła). Większa jest tylko w „sprzedaży detalicznej pozostałych wyrobów prowadzonej w wyspecjalizowanych sklepach”. To te od grilla?