Sam, kiedy nękają go wyrzuty sumienia z powodu niedotrzymanych obietnic. Sam, gdy próbuje zapomnieć, że zgrzeszył myślą, mową, uczynkiem lub zaniedbaniem, i tak samo sam, gdy rozpaczliwie próbuje zrobić coś dobrego. A jeśli sympatie moralne tegoż człowieka leżą bardziej po stronie liberalnej (czyli martwi go tak los człowieka wykluczonego, jak i globalne ocieplenie), to zaczyna naprawdę zazdrościć tej bakterii, która może raz dwa zrobić drugą siebie poprzez proste pączkowanie, zlecić tej nowej połowę bakteryjnych obowiązków i oddać jej część poczucia winy. Bo żeby sprostać wymaganiom wyrafinowanego sumienia naszych dobrze poinformowanych czasów, potrzeba przynajmniej człowieków dwóch.

Tu muszę zaznaczyć, że przed moją żującą bułkę osobą rozpościerała się wystawa plakatów wyróżnionych na Skopje International Student Poster Competition. Tematy kolejnych edycji tego prestiżowego konkursu musiały zostać wyśnione przez komitet specjalnie w tym celu zatrudnionych liberałów: władza a bieda, tolerancja, problemy ekologiczne, kwestia AIDS. I oto na jednym z nich obarczony workiem pieniędzy ludzik bieży przez planszę Monopoly i wkracza na zamieszkane przez chudego ludka pole „Zambia”, pewnie z zamiarem kupienia go dla zysku. No tak, myślę sobie, ten obraz oddaje sposób zawłaszczania biednych krajów przez bogatsze – w naszym marszu przez planszę Monopoly traktujemy tamtejszych cierpiących ludzi całkowicie instrumentalnie, jako potencjalne rynki zbytu czy źródło rąk do pracy przy tworzeniu produktów, które potem sprzedamy innym, takim, którzy mogą sobie na nie pozwolić. A ja nic, myślę sobie, a to się wszystko tam dzieje, właśnie teraz i w dodatku coraz bardziej. Plakat obok to słowo „Bóg” (God) z „o” zastąpionym monetą (boski status pieniądza usprawiedliwia nasz kurs na planszową Zambię), a nieopodal drugi, ze znakiem równości przekreślonym banknotem (wygląda na to, że nie jesteśmy równi przed bogiem, jeśli bóg jest pieniądzem). Sama jestem beneficjentem tych nierówności, przychodzi mi do głowy, zawsze mając bułkę do żucia i parę innych przydatnych rzeczy. Trzeba się tym jakoś zająć, coś zrobić. Na przykład dając połowę swoich dochodów na Oxfam czy inne sensowne organizacje.

Ale przecież są i inne rzeczy do zrobienia: trochę z lewej wisi wymowny plakat, na którym jest głównie woda – tylko w górnym rogu maleńki niedźwiedź polarny dryfujący na beczce ropy. Czy robię, co mogę, w kwestii ocieplenia? Recykling i oszczędzanie wody, jak się okazuje, nie wystarczą – potrzebny jest jeszcze aktywizm przeciw wielkiemu przemysłowi. Obok misia wisi ryba w kole ratunkowym (będę używać jeszcze mniej wody), zaraz za nią śmietnik z twarzą, który informuje: jedzenie, które dziś wyrzucasz, może uratować komuś życie. Czemu, na miłość boską, znowu kupiłam za dużo sera; taka marnacja wobec zawartej w plakacie myśli to zwykła nieprzyzwoitość. Chwalona w dawnej Polsce gospodarność to jednak cnota, zwłaszcza gdy można zbytek zużyć pomocowo. Ten fakt podkreśla jeszcze następny plakat, na którym ładna pani prezentuje naszyjnik z parówek, a napis głosi: „Kolekcja biżuterii: czysty luksus”. W jaką stronę człowiek nie spojrzy, bułka staje w gardle – wszędzie wytykają mu słabości, grzechy i niedociągnięcia. I w dodatku słusznie.

Jak więc sprostać rozlicznym, a czasem sprzecznym powinnościom, jeśli człowiek jest sam? Nie bardzo się da. Nie dość, że problemów jest multum, to jeszcze każdy ma konkurujące ze sobą rozwiązania. Gdyby było mnie dwie, jedna robiłaby recykling, a druga w ogóle nie kupowała produktów w paczkach i prowadziła organiczny ogródek. Jedna robiłaby kompost z resztek, druga w ogóle nie wyrzucałaby pożywienia, zjadłaby, co trzeba, a resztę oddała innym. Jedna łożyłaby na Oxfam, a druga by w ogóle nie zarabiała, w ten sposób nie utrwalając wyzyskowego systemu kapitalistycznego. Jedna działałaby lokalnie, na przykład jeżdżąc hybrydą czy gasząc światła, a druga globalnie, włączając się w kampanie przeciwko nieetycznemu wykorzystaniu zasobów. A że człowiek sam, to i cała wina, i cały wstyd na nim się skupiają.

W desperacji więc próbuje się czasem rozdwoić, żeby pomóc światu – ale także, by jakoś tę odpowiedzialność rozmyć. Wzorem bakterii próbujemy rozmnażania. W wykonaniu naszego gatunku ten trik jednak działa słabo, bo zamiast wiernej kopii produkuje się odrębną jednostkę (bywa nawet, że morfinistę czy republikanina). Jednostka ta nie tylko nie pomoże człowiekowi nieść krzyża własnych niedociągnięć, ale jeszcze mu je bezlitośnie wytknie, jak tylko skończy lat trzynaście. I znów człowiek jest sam, może nawet bardziej .