Już ubiegły rok bardzo zbliżył nasz sektor finansów do unijnych wymogów. Deficyt mógł zbliżyć się do kryterium fiskalnego UE, czyli poziomu 3 proc. PKB, ale trafił się nieprzewidziany wcześniej wydatek w postaci wypłat z Bankowego Funduszu Gwarancyjnego dla klientów upadłego SKOK Wołomin – w sumie około 2,2 mld zł. To nieznacznie pogorszyło wynik. Ministerstwo Finansów szacuje, że ostatecznie deficyt za 2014 r. sięgnie 3,3 proc. PKB.

Dobry rezultat w ubiegłym roku to przede wszystkim zasługa dyscypliny w centralnym budżecie państwa. Wygląda na to, że dziura w państwowej kasie nie przekroczy 30 mld zł (w planie było 47 mld zł). Rząd miał trochę szczęścia, bo korzystna struktura wzrostu gospodarczego (opartego na popycie krajowym, w mniejszym stopniu na eksporcie) napędzała dochody z VAT, zwłaszcza na początku roku. Ale też trzeba przyznać, że w ryzach trzymano państwowe wydatki. W niektórych częściach budżetu – np. w wydatkach majątkowych – do końca listopada (to ostatnie opublikowane dane) wykonano zaledwie 57 proc. planu na cały rok.

Wypłaty z BFG mogły zaskoczyć rząd, ale i w tym przypadku miał on szczęście w nieszczęściu. Bo nastąpiły w 2014 r. i nie będą już obciążać wyniku za 2015 r. A tegoroczny plan jest dość ambitny: z jednej strony deficyt finansów ma spaść poniżej 3 proc. PKB, co otworzy drogę do zdjęcia procedury nadmiernego deficytu nałożonej przez Komisję Europejską na Polskę kilka lat temu. Z drugiej zaś rząd przygotował kilka kosztownych zmian, zwłaszcza w polityce społecznej. Zwiększenie ulgi na dzieci dla rodzin wielodzietnych wraz z możliwością odliczenia całości ulgi dla osób o najniższych dochodach, nowe zasady przyznawania zasiłków rodzinnych, czy zasiłek macierzyński dla osób nieubezpieczonych – to w sumie może kosztować nawet 3,6 mld zł. Do tego dochodzą koszty restrukturyzacji górnictwa (programem dziś ma się zająć rząd).

– Mimo wszystko zejście z deficytem do 2,9 proc. PKB, jak prognozuje dla Polski Komisja Europejska, jest możliwe. Mamy ożywienie gospodarcze. Jego struktura nadal będzie korzystna, bo wiele wskazuje na to, że popyt krajowy będzie przyspieszał. Co oznacza, że uda się wycisnąć więcej dochodów do budżetu. Nawet jeśli dynamika wzrostu gospodarczego będzie zbliżona do ubiegłorocznej – twierdzi Piotr Bujak, ekonomista PKO BP.

Według niego deficyt w tym roku mógłby być dużo niższy niż 2,9 proc. PKB, gdyby nie dodatkowe wydatki, które zaplanował rząd. Podobnie uważa Grzegorz Maliszewski, główny ekonomista Banku Millennium. Zwraca uwagę, że w projekcie na ten rok wpisano duży limit dla deficytu budżetowego (46 mld zł). Plan wydatków uwzględnia wszystkie przedwyborcze rządowe zamierzenia, a mimo to prawdopodobieństwo wypełnienia kryterium fiskalnego jest wysokie. Maliszewski przypomina, że w tym roku budżet konstruowano już przy zastosowaniu reguły wydatkowej – praktycznie uniemożliwia ona zwiększanie wydatków w trakcie roku (co najwyżej transfery w ramach sektora finansów publicznych). A to uodparnia finanse publiczne na ryzyko festiwalu przedwyborczych obietnic (w tym roku mamy wybory prezydenckie i parlamentarne).

Jeśli są jakieś zagrożenia, to raczej poza naszymi granicami. To eskalacja konfliktu na Wschodzie, duże prawdopodobieństwo recesji w Rosji (co dodatkowo uderzy w nasz eksport) i ryzyko utrzymania się stagnacji w strefie euro. – Nie przesadzałbym jednak z tym czarnowidztwem. Mamy osłabienie euro, co wesprze gospodarkę Unii Europejskiej, w tym niemiecką. I duży spadek cen ropy, co sprzyja i Europie, i Polsce. Na dodatek nasza deflacja tak naprawdę pobudza popyt krajowy, bo to, co konsumenci zaoszczędzą na taniej żywności i benzynie, wydają na inne dobra – zakłada Piotr Bujak.

Poza tym polski plan zejścia z deficytem poniżej 3 proc. PKB wcale nie jest taki ambitny, jeśli porównamy go do prognozowanych deficytów innych krajów Unii Europejskiej. Wynik 2,9 proc. PKB plasuje nas dopiero na 19. miejscu w tym zestawieniu. Opierając się na prognozach Komisji Europejskiej, można założyć, że liderem będą Niemcy. Zaraz za nimi znajdzie się Grecja zmuszona do drakońskich cięć w zamian za międzynarodowe wsparcie finansowe. Z drugiej strony deficyty większe od polskiego będą miały m.in. Francja (4,5 proc. PKB), Wielka Brytania (4,4 proc. PKB), ale też Portugalia (3,3 proc. PKB) i Hiszpania (4,6 proc. PKB)

Grzegorz Maliszewski zwraca uwagę, że Unia Europejska za konsekwentną walkę z deficytami zapłaciła wpędzeniem gospodarki europejskiej w stagnację, co widać szczególnie w strefie euro. Jego zdaniem jesteśmy świadkami końca epoki drastycznych oszczędności.

– Coraz częściej słychać głosy, że jakiś impuls ze strony finansów publicznych, by pobudzić inwestycje, nie byłby zły. Polska nie była prymusem w konsolidacji fiskalnej, i bardzo dobrze. Trzeba dyscyplinować finanse publiczne, ale nie za cenę zdławienia wzrostu gospodarczego – podsumowuje ekonomista.

Dyscyplinowanie finansów – tak, ale nie za cenę stagnacji