Od 2 do 30 proc. możemy zaoszczędzić w porównaniu z grudniem ubiegłego roku – wynika z corocznej analizy cen przeprowadzanej przez DGP w najpopularniejszych sieciach handlowych w kraju.

Wzięliśmy pod lupę najbardziej podstawową listę zakupów. Ceny spadły w przypadku większości produktów spożywczych. Największe upusty widoczne są w tych kategoriach towarów, które od początku tego roku objęte są embargiem rosyjskim. Mowa o produktach mlecznych, owocach, warzywach czy soku jabłkowym. Największe spadki cen rok do roku zanotowano w Auchan i Alma Market. Różnice w cenach oferowanych przez nie produktów są dwucyfrowe. Mniej zapłacą też klienci Lidla – o kilka procent. Ale już Biedronka podrożała. Głównie dlatego, że wprowadziła do asortymentu markowe produkty.

Z naszego zestawienia wynika też, że na skutek obniżek ceny w poszczególnych sieciach uległy spłaszczeniu w stosunku do 2013 r. Za standardowy koszyk przyjdzie nam zapłacić ok. 70 zł. Wyjątkiem jest Auchan, gdzie zapłacimy za niego niecałe 55 zł. Eksperci tłumaczą to tym, że ta sieć musi coraz bardziej zabiegać o klientów. Jej sklepy zlokalizowane są w większości na obrzeżach aglomeracji, tymczasem jej konkurenci mają coraz więcej punktów na osiedlach mieszkaniowych i w centrach miast.

Ale nie tylko żywność jest tańsza. Cieszyć się będzie każdy, kto planuje świąteczny wyjazd. – Średnia cena benzyny to teraz 4,89 zł za litr, a w przypadku oleju napędowego – 4,85 zł za litr. Benzyna jest tańsza o około 50 gr na litrze w porównaniu z okresem przedświątecznym rok temu, w przypadku diesla to 60 gr – mówi Rafał Zywert, analityk BM Reflex. I dodaje, że w same święta będzie jeszcze taniej, bo spadają ceny hurtowe: benzyny w detalu o 10–20 gr, a oleju napędowego o 5–10 gr. Ekspert podkreśla, że ceny na rynku są bardzo zróżnicowane. Najtaniej jest na stacjach przy centrach handlowych, zwłaszcza tam, gdzie jest ich kilka i ostro ze sobą konkurują. Najwięcej zapłacimy przy autostradach i drogach ekspresowych. Dysproporcje między cenami mogą sięgać nawet 40 gr.

Marta Petka-Zagajewska, ekonomistka Raiffeisen Polbanku, tłumaczy, że spadki cen żywności i paliw to efekt nadpodaży na globalnym rynku. Żywność jest tania ze względu na udane zbiory, w Polsce doszedł jeszcze efekt embarga, bo eksporterzy przekierowali część towarów zwykle sprzedawanych w Rosji na rynek krajowy. Z kolei za paliwa płacimy mniej ze względu na rosnące wydobycie (np. ze złóż łupkowych w USA), na które popyt nie rośnie przez brak przyspieszenia w globalnej gospodarce.

– Mimo wszystko konsumenci chyba jeszcze nie mają poczucia, że płacą mniej. Mówiąc inaczej, gospodarka ćwiczy na poziomie makro, co oznacza deflacja, ale kupujący w sklepie raczej nie. I całe szczęście, bo dzięki temu unikamy niebezpiecznych zjawisk charakterystycznych dla deflacji. Choćby odkładania zakupów w nadziei, że będzie jeszcze taniej. Na razie konsumenci zachowują się tak jak przy inflacji, czyli kupują, zakładając, że może być drożej – ocenia Petka-Zagajewska.

Jej zdaniem to, co się dzieje z cenami detalicznymi żywności i paliw, może mieć pozytywny wpływ na konsumpcję. – To, że ludzie mniej wydają na żywność i paliwa, oznacza, że mają więcej pieniędzy na zakupy innych dóbr. Przynajmniej teoretycznie. W sumie to może wspierać konsumpcję prywatną: za tyle samo pieniędzy możemy mieć w koszyku więcej towarów niż rok temu – wskazuje.

Eksperci, z którymi rozmawialiśmy, wskazują, że niskie ceny, zwłaszcza paliw, utrzymają się również w przyszłym roku. – Tempo wzrostu produkcji na świecie jest wyższe niż szacowane tempo wzrostu konsumpcji w 2015 r. Nie ma czynnika, który spowodowałby korektę cen ropy – twierdzi Rafał Zywert. – Taniej będzie nie tylko na najbliższe Boże Narodzenie, ale również na Wielkanoc. I jest duża szansa, że w czasie przyszłorocznych wakacji także – dodaje Marta Petka-Zagajewska. Jej zdaniem trudniej oszacować, jak w kolejnych miesiącach będą się zachowywały ceny żywności. Trudno je przewidzieć, bo wpływ na nie mogą mieć zdarzenia nieprzewidywalne, jak np. katastrofy naturalne.

OPINIA

Deflacja niekoniecznie przekłada się na większe zakupy. U konsumentów widać na razie postawę wyczekiwania, normalną w tej sytuacji gospodarczej. To oznacza, że część klientów kupuje jak zawsze, a pozostała wyczekuje dalszych obniżek, ograniczając zakupy do niezbędnych towarów i rezygnując z kupowania na zapas czy też z zakupu droższych artykułów. Ma to oczywiście przełożenie na obroty w handlu, które nie rosną tak, jak mogłyby bez deflacji. Branża ma jednak nadzieję, że przy okazji świąt ta tendencja przynajmniej częściowo się odwróci.

Czy tak się stanie, dowiemy się dopiero w styczniu. Jedno wydaje się pewne: marże handlowców raczej się nie zwiększą. Konkurencja na rynku cały czas jest ogromna, do tego dla większości kupujących podstawowym kryterium wyboru towaru pozostaje cena. Dlatego sklepy i sieci, by przyciągnąć do siebie klientów, muszą walczyć promocjami i zakresem asortymentu. Minęły już czasy, kiedy grudzień był miesiącem boomu handlowego. Oczywiście koniunktura w ostatnim miesiącu roku jest większa niejako z definicji, natomiast obroty w handlu tradycyjnym w tym miesiącu to obecnie 10–14 proc. obrotów rocznych.