Najgorzej sytuacja wygląda w przypadku owoców i warzyw. Do Rosji trafiało ok. 40 proc. całego polskiego eksportu papryki, kapusty, kalafiorów oraz truskawek, a w przypadku pomidorów, ogórków i jabłek ten odsetek przekraczał nawet 50 proc. Teoretycznie najłatwiej byłoby upłynnić nadwyżkę produkcji w krajach, które są największymi importerami, czyli w Niemczech, we Francji, w Wielkiej Brytanii, Holandii, USA i Kanadzie. Na polskich producentów czekają tam jednak problemy.

– Rynek zachodnioeuropejski jest poukładany i bardzo trudno jest tam wejść nowym dostawcom – tłumaczy Robert Monarski, wiceprezes Stowarzyszenia Polskich Dystrybutorów Owoców i Warzyw „Unia Owocowa”. Dodaje, że dominują tam sieci handlowe. A tacy odbiorcy zamawiają duże ilości towaru i dbając o pewność dostaw, zawierają wieloletnie umowy. W związku z tym niższa cena – potencjalny argument polskiego producenta chcącego pozbyć się nadwyżki produktu – może nie wystarczyć do znalezienia klienta.

Z kolei w Stanach czekają obostrzenia związane z regulacjami fitosanitarnymi, np. bardziej restrykcyjnymi niż w UE normami pozostałości pestycydów. – Polski producent nie może pod koniec roku stwierdzić, że wyśle towar za ocean. Musi mieć to na uwadze już od wczesnej wiosny – wskazuje Monarski. Zaznacza, że nasze firmy często dopiero po zbiorach zastanawiają się nad tym, komu sprzedać towar. Tymczasem uprawy trzeba „pielęgnować” pod klienta, bo regulacje ostrzejsze od europejskich obowiązują także na niektórych rynkach azjatyckich. Zdaniem wiceprezesa Unii Owocowej ten brak planowania pod wpływem embarga się zmieni. Tyle że to rozwiązanie na przyszłość. W krótszej perspektywie firmom mogą pomóc takie działania jak te rozpoczęte przez Polską Agencję Informacji i Inwestycji Zagranicznych, która skieruje dodatkowe środki na promocję eksportu żywności – w tym owoców i warzyw – na rynkach azjatyckich. Już teraz trwa promocja polskich jabłek w Zjednoczonych Emiratach Arabskich.

W liczbach bezwzględnych kolejne po tych owocach miejsca na liście towarów sprzedawanych do Rosji zajmowały sery (142,7 mln dol. w 2013 r.) oraz wieprzowina (132,0 mln dol.), ale udział tego kraju w całości naszego eksportu nie był duży – odpowiednio 16 i 11 proc. Kłopoty z przekierowaniem eksportu z Rosji na inne rynki będą mieli producenci serów. O miejsce na półkach walczą bowiem ze znajdującymi się w podobnej sytuacji wytwórcami z „serowych imperiów”, takich jak Holandia czy Włochy. Za oceanem też nie będzie łatwo. – Ciekawym i chłonnym rynkiem byłaby Brazylia, ale UE nie ma z tym krajem podpisanej odpowiedniej umowy, którą mają np. Stany Zjednoczone. A bez niej cło wwozowe dla naszych produktów jest za wysokie, aby były konkurencyjne – twierdzi Agnieszka Maliszewska z Polskiej Izby Mleka.

Z kolei producentom wieprzowiny bardziej niż rosyjskie embargo doskwiera ASF, czyli afrykański pomór świń, z powodu którego już w lutym swoje rynki zamknęli przed nami najwięksi odbiorcy, tj. Japonia, Tajwan, Chiny i Korea. Jak mówi prezes Związku „Polskie Mięso” Witold Choiński, naszym firmom na szczęście udało się na część powstałych w ten sposób nadwyżek znaleźć odbiorców we Włoszech. Zapewnia też, że gdyby udało się uporać z ASF, a embargo wciąż pozostałoby w mocy, branża by nie ucierpiała. – Dalibyśmy sobie radę bez rosyjskiego rynku – twierdzi Choiński. Podobnie ma się sytuacja z innymi zakazanymi przez Rosję produktami – wołowiną, mrożonkami wołowymi czy drobiem. Sprzedaż każdego z nich osiągała wartość kilkunastu milionów dolarów, czyli była wyższa niż np. ogórków, papryki czy truskawek, ale był to niewielki procent tego, co w ogóle eksportujemy.