Tym, którzy zalecają rolnikom przebranżowienie z jabłek na przykład na wołowinę, polecam obejrzenie fachowo założonego sadu. To są kolosalne nakłady, na przykład na olbrzymi system nawadniania, na składowanie, chłodnie oraz długie tygodnie robót w zimie, kiedy trzeba odpowiednio i inaczej zająć się starszymi i młodszymi drzewami. Jak można taką sporą fabrykę po prostu zamknąć i otworzyć nową? To trzeba co najmniej sześciu, siedmiu lat i ogromnych pieniędzy.

A co do wołowiny: też jestem za, tylko jest mały feler. Wołowina z polskich krów zupełnie się nie nadaje do masowej konsumpcji i nie trzyma jakości. Polska krowa tradycyjna jest w sam raz, żeby rolnik miał mleko i serki dla rodziny i ewentualnie sąsiadów. Krowy mleczne, których hodowli już się rozumni rolnicy nauczyli, muszą dawać mleko wysokobiałkowe i z małą ilością tłuszczu. Krowa polska daje odwrotne. Więc do hodowli mięsnej trzeba sprowadzić zupełnie inne krowy (na przykład spod Florencji), a to nie jest drobna inwestycja.

Sadownik czy inny producent wiejski ponadto jest właśnie takim rolnikiem, jakiego Polsce potrzeba. Mogą to być jabłka, ale mogą to być kaczki – też mam takiego producenta niedaleko i wiem, ile to pracy i jakie inwestycje łącznie z pełną komputeryzacją. Dzięki ludziom, którzy się na to decydują, zmienia się obraz polskiej wsi i stopniowo małorolni staruszkowie z niej znikną. Na szczęście stopniowo, bo w przeciwnym razie mielibyśmy taki run na miasta, że obecne bezrobocie byłoby słodkim wspomnieniem. Zaś dopłaty unijne, po pierwsze, spowolniają proces unowocześniania polskiej wsi – i całe szczęście, a po drugie, doprawdy kilkuhektarowemu chłopu sytuacji materialnej nie zmienią, bo to będzie kilka tysięcy na rok, dla niego cenne, ale śmieszne w porównaniu z dochodami miastowych.

Argument, że Polska wieś się nie zmienia, jest kompletnie nonsensowny. Zmieniła się przez 25 lat tak jak polskie miasta. Od budynków mieszkalnych po sklepy, ulice, zaopatrzenie, szkoły, orliki itd. Wszędzie są kwiaty, wszędzie jest czysto i nawet ta trawnikowo-iglakowo-grillowa sztampa, której sam nie lubię, sprawia, że jest znacznie porządniej. Ponadto niemal wszyscy mają samochody, a już na pewno w pełni wyposażoną kuchnię i salon.

Natomiast z punktu widzenia państwa wieś i produkcja rolna oraz hodowla i owoce to oczywiście poważny problem. Powtarzane przez nieznających się na rzeczy ekonomistów lamenty na KRUS mają naturalnie uzasadnienie, ale nie uwzględniają oni po pierwsze tego, jak trudno jest państwu się wycofać z raz przyznanego przywileju, a powolne kroki już są czynione. A po drugie, że chłop jest trochę nieprzewidywalny, jak twórcy, których państwo bezlitośnie i bezsensownie doi podatkami. Są lata urodzajne i nieurodzajne, lata popytu i z tajemniczych lub – jak teraz – kompletnie niezależnych od sadownika powodów, lata nagłego spadku popytu. Gdyby wreszcie uczyniono z gospodarstw rolnych prawdziwe przedsiębiorstwa, byłoby z podatkami nieco lepiej, ale też niewiele.

Natomiast państwo może i powinno uprzedzać rolników, że produkcja – na przykład – wieprzowiny powoli będzie się stawać coraz mniej opłacalna, oraz powinno, a wręcz musi ich wspierać w sytuacjach szczególnych, jak obecnie. Państwo ma do wyboru: powoli, ale skutecznie modernizującą się wieś lub wielkie załamanie gospodarcze spowodowane ucieczką od tej modernizacji. PSL wie to doskonale i od pewnego czasu rozumnie broni chłopów. Brak pomocy lub propozycje błyskawicznych zmian skończyły się dramatycznie nie tylko dla wsi, ale dla nas wszystkich.

Tym, którzy zalecają rolnikom przebranżowienie, polecam wizytę w fachowo prowadzonym sadzie