Po kilku gorących miesiącach przycichł nieco ostry spór o bestsellerową książkę Thomasa Piketty’ego „Kapitał w XXI wieku”. Ale co z rzuconą w niej propozycją globalnego podatku majątkowego? Czy na zawsze pozostanie na półce z nierealnymi pomysłami? A może jest szansa, że zostanie kiedykolwiek choć częściowo wprowadzona w życie? I jak to właściwie miałoby wyglądać?

Globalny podatek majątkowy. Czyli właściwie co? Mówiąc szczerze, nic szczególnie nowego. Bo Francuz nie jest pierwszym, który postuluje wprowadzenie takiego rodzaju daniny. Pisał o tym już choćby Arystoteles, zwracając uwagę, że jest w tym coś głęboko niebezpiecznego, kiedy „pieniądze rodzą pieniądze”. Czyli mówiąc współczesnym językiem, gdy bogactwo kreowane jest nie przez pracę, lecz przez nadmiernie zakumulowany kapitał.

Próby mierzenia się z tym problemem przybierały różne oblicza. Od walki wydanej lichwie w kulturach chrześcijańskiej i muzułmańskiej po delegalizację własności prywatnej w realnym socjalizmie. Wszystkie te eksperymenty okazały się jednak nieudane. Bo przynosiły fatalne skutki uboczne. Zakaz lichwy nie powstrzymał pojawienia się w średniowieczu nierówności majątkowych opartych na własności ziemskiej. A upaństwowienie całego kapitału zabiło postęp technologiczny i wzrost gospodarczy. Ale z drugiej strony pozostawienie rzeczy wolnemu rynkowi też bynajmniej nie sprawiło, że problem z akumulacją majątku uległ cudownemu rozwiązaniu. Odwrotnie, nierówności rosły i rosły. A spekulacja zaczynała dominować nad konsumpcją i inwestowaniem. W końcu sytuacja przestawała być społecznie akceptowalna, przynosząc poważne niepokoje polityczne, rewolucje albo nawet wojny, które niszczyły zakumulowany majątek. Tyle że w sposób krwawy i chaotyczny.

Uratować kapitalizm

Co rusz pojawiały się więc propozycje, jak (w sposób pokojowy) wyrwać się z tej niebezpiecznej dla całego systemu gospodarczego pułapki. W nowoczesnych społeczeństwach takim sposobem zawsze były dobrze skonstruowane systemy podatkowe, które działają zupełnie jak wentyl bezpieczeństwa i w skoordynowany sposób rozładowują napięcie, zapobiegając grożącemu wybuchowi. Według Piketty’ego takim wentylem może być w dzisiejszym świecie właśnie „globalny podatek majątkowy”. Zdolny do uratowania kapitalizmu przed nim samym.

Dlaczego akurat podatek majątkowy? A nie, powiedzmy, dochodowy. Z bardzo prostego powodu. Podatek majątkowy nigdy nie będzie odgrywał kluczowej funkcji fiskalnej. To znaczy, że jego celem nie jest zastąpienie PIT-u, CIT-u czy VAT-u, na których opierają się budżety nowoczesnych państw – i tak powinno zostać. Podatek Piketty’ego powinien być tego systemu uzupełnieniem. Jak by to mogło wyglądać w praktyce? Francuz proponuje nowy progresywny podatek od majątku netto. To znaczy, że płaciłoby się go od sumy rynkowej wartości wszystkiego, co posiadamy. A więc od nieruchomości, wartościowych dzieł sztuki, jachtów albo samochodów. Lecz również od aktywów finansowych oraz biznesowych. Czyli na przykład depozytów bankowych, akcji, obligacji, udziałów. Bez wyjątku. Oczywiście po odliczeniu różnego rodzaju zobowiązań (np. długu hipotecznego). Żeby nie wpędzić posiłkujących się kredytem ludzi w zadłużeniową spiralę. Taki zwyczajny szarak z klasy średniej pewnie by na takim rozwiązaniu nawet skorzystał, bo dziś w większości krajów świata musi płacić podatek od nieruchomości bez względu na to, czy jest ona obarczona długiem, czy też nie. Jak wysoki powinien być podatek majątkowy? Piketty przedstawia kilka możliwych scenariuszy. Można więc sobie na przykład wyobrazić, że podatek wynosi 0 proc. dla majątku netto poniżej miliona euro. A potem 1 proc. dla majątku na poziomie 1–5 milionów. I 2 proc. powyżej 5 milionów. Albo system bardziej progresywny. Poczynając od 0,1 proc. od 200 tys. euro. Po 5–10 proc. za majątek powyżej miliarda euro. Możliwości jest naprawdę wiele.

Efekt fiskalny będzie rzecz jasna znikomy. Wpływy z nowej daniny ustalonej na tym poziomie powinny powiększyć dochody budżetu o jakieś 3–4 proc. PKB kraju, w którym będzie ściągany. I już decyzją każdego rządu pozostanie to, czy należy uzyskane w ten sposób środki przeznaczyć na obniżki innych podatków, czy może na dofinansowanie najbardziej potrzebnych usług publicznych albo na zmniejszenie zadłużenia zagranicznego. Ale najbardziej istotne nie jest wcale to, na co pójdą wpływy z podatku Piketty’ego. Ma on spełniać dwie inne funkcje. Po pierwsze powinien stać się subtelnym, ale skutecznym regulatorem wyskoków kapitalizmu. Czyli przynajmniej zatrzymać wzrost majątkowych nierówności i zmniejszyć nieco popyt na czysto spekulacyjne instrumenty finansowe. Drugi cel jest z kolei bardziej polityczny. „Piketty tax” miałby dać sygnał szerokim masom obywateli demokratycznych krajów, że ich władze widzą problem utraty przez bogaty zachód społecznej spójności. I nie zamierzają przejść obok niego obojętnie, mówiąc, że nic się nie da zrobić. Co powinno przynajmniej częściowo rozbroić rosnącą niechęć do współczesnego kapitalizmu i demokracji wśród oburzonych.

Jeśli brzmi to zbyt abstrakcyjnie, pokażmy rzecz na przykładzie kraju takiego jak Polska. A wiec miejsca, gdzie fiskus należy do najbardziej łagodnych w Europie. I widać to dobrze na przykładzie majątku, który opodatkowany jest u nas na bardzo niskim poziomie. Nieruchomości? Jest podatek gruntowy, ale czysto symboliczny, gdyż liczony od powierzchni, nie zaś od wartości nieruchomości. Jeśli chcemy nasze mieszkanie wynająć, możemy to zrobić, płacąc stawkę w wysokości zaledwie 8,5 proc. I to niezależnie, czy jest to nasze pierwsze, czy może trzydzieste mieszkanie. – Efekt jest taki, że jeśli ktoś ma 30 mieszkań w Warszawie i wynajmie każde za 2 tys. zł, to jego przychód to 60 tys. zł miesięcznie. Od tej sumy płaci zgodnie z prawem podatek w wysokości 8,5 proc. Gdyby osiągał takie zarobki z pracy, zapłaciłby prawie cztery razy więcej. Do tego dochodzi możliwość wolnej od podatku sprzedaży mieszkania w pięć lat po jego nabyciu – przekonuje Radosław Piekarz, doradca podatkowy i partner w kancelarii A&RT.

Idźmy dalej. Aktywa finansowe? Opodatkowaniu podlegają dopiero w momencie zbycia. I nawet wtedy na preferencyjnym poziomie 19 proc. Analogiczne dochody z pracy byłyby na poziomie 32 proc. Do tego dochodzą duże możliwości optymalizacyjne. Jak choćby fundacje rodzinne w Luksemburgu dostępne dla najbogatszych podatników. I jeszcze zniesiony w Polsce podatek od darowizn i spadków w najbliższej rodzinie. – Do zeszłego roku można było nawet bezpodatkowo zbyć akcje i udziały w spółkach, korzystając właśnie z tego przepisu – dodaje Piekarz. Tworzy to niebezpieczną sytuację, która sprzyja szybkiej akumulacji kapitału wśród tych, którzy już ten kapitał mają. I właściwie uniemożliwia dogonienie ich przez uboższych w kapitał, a swoje zyski czerpiących tylko z pracy. A im ten rozdźwięk większy, tym mniejsza możliwość jego zmniejszenia.

Oczywiście w praktyce dla takiego kraju jak Polska podatek majątkowy nie musi od razu być podatkiem Piketty’ego. Zdaniem wielu ekspertów mógłby nam pomóc choćby podatek katastralny. Czyli danina uzależniona od wartości nieruchomości. W Polsce przeciwko katastrowi protestuje się, często wskazując na to, że uderzyłby on w interesy ludzi biednych posiadających mieszkania w centrach miast. Ale tak naprawdę ich interesy można chronić, naliczając taki podatek od drugiej (a więc niemieszkalnej) nieruchomości. W ten sposób nie byłoby zagrożenia, że biedni emeryci zostaną wypchnięci z eleganckich dzielnic. Fiskus dotarłby wyłącznie do tych, którzy na mieszkaniach zarabiają. I cel podatku zostałby osiągnięty. A to przecież tylko jedno z możliwych rozwiązań.

Jeśli to wszystko nie jest przekonujące, dorzucić można jeszcze jeden argument za podatkiem majątkowym. Mógłby walnie przyczynić się do zwiększenia majątkowej przejrzystości. No bo powiedzmy, że jego stawka wyniosłaby tylko symboliczne 0,1 proc. Budżet zarobiłby na nim nie więcej niż 0,5 proc. PKB rocznie. Ale przynajmniej powstałyby zalążki systemu badania poziomu zamożności obywateli. Bo prawda jest taka, że dziś nawet urzędy podatkowe i statystyczne najbogatszych krajów świata nie do końca wiedzą, kto ma ile majątku, gdzie i w jakiej formie. A obowiązkowe deklaracje majątkowe dotyczą zazwyczaj tylko kilkuset osób ubiegających się o funkcje publiczne. Efekt jest wiec taki, że opinia publiczna wie dziś o superbogaczach najwyżej tyle, ile oni sami zechcą zdradzić dziennikarzom „Forbesa” (lub jakiejś firmie konsultingowej) przygotowującym doroczny ranking najbogatszych.

Ktoś może się oburzyć i zapytać, co państwu do tego, ile kto zgromadził majątku. Jest to pytanie zasadne, na które warto szczerze odpowiedzieć. Thomas Piketty uważa na przykład, że taka niewiedza nie służy nawet samym zamożnym. Tworzy bowiem niebezpieczne skrajności. Jedni są przekonani, że miliarderzy mają tyle pieniędzy, iż wystarczyłoby ściągnąć z nich troszeczkę, by rozwiązać wszystkie problemy świata. Inni z kolei dowodzą, że superbogaczy jest ledwie garstka. Więc jakiekolwiek próby opodatkowania ich majątku nie dadzą absolutnie nic. I jedna, i druga postawa budzi poczucie bezradności. Podczas gdy prawda leży mniej więcej po środku. Słowem: globalny podatek od majątku nie rozwiąże wszystkich problemów świata. Ale jednocześnie jego wprowadzenie może nas uchronić przed wieloma szkodliwymi społecznie zjawiskami.

Jeszcze dalej idzie Gabriel Zucman, młody ekonomista z London School of Economics i jeden z intelektualnych wychowanków Piketty’ego. Zucman opublikował w ubiegłym roku swoją pierwszą książkę o intrygującym tytule „The Missing Wealth of Nations”. Czyli w wolnym tłumaczeniu „Bogactwo narodów (którego nie ma)”. Zucman próbuje w niej rozwiązać zagadkę, która od dłuższego czasu męczy wielu ekonomistów. Mianowicie dlaczego, kiedy patrzymy na międzynarodowe bilanse płatnicze, strony „ma” i „winien” nie chcą się ze sobą za nic zgodzić. I wygląda to tak, jakby cały świat był zadłużony. Pytanie tylko u kogo, skoro żadnych pozaziemskich cywilizacji jak dotąd nie udało się odkryć. A tym bardziej nic nie wiadomo o tym, by ktokolwiek prowadził z nimi transakcje finansowe. Zucman rozwiązuje tę zagadkę w sposób bardzo prosty. Te brakujące w bilansach handlowych pieniądze to majątek ukryty w rajach podatkowych. W sumie jakieś 7–8 bln dol. Albo inaczej 8 proc. całego osobistego majątku zgromadzonego przez mieszkańców kuli ziemskiej. To pieniądze, których formalnie nie ma. I nikt nawet o nie jakoś szczególnie nie pyta. Tymczasem więcej przejrzystości byłoby – zdaniem Francuza – pierwszym krokiem w kierunku ich poszukiwania i legalnego zaksięgowania.

Łowienie płotek

Jak to zwykle bywa w przypadku propozycji podatkowych Piketty Tax spotkał się natychmiast z falą ostrej krytyki. Na pierwszy ogień szedł zwykle argument oskarżający ekonomistę z Paris School of Economics o naiwność. „Jestem tego typu człowiekiem, że staram się nie tracić czasu na propozycje polityczne, które mają zerowe szanse na wejście w życie” – tak postulaty swojego kolegi po fachu skomentował Joel Slemrod z Uniwersytetu w Michigan, jeden z najbardziej znanych amerykańskich ekonomistów zajmujących się tematyką podatkową. Nie mniej cierpki był James Galbraith z Uniwersytetu Teksańskiego. Skądinąd zdeklarowany zwolennik wyższych podatków i ciaśniejszych regulacji rynku. „Zacznijmy od tego, że na świecie mamy tylko bardzo niewiele krajów, które w ogóle starają się monitorować sytuację majątkową swoich obywateli. To przekracza nawet możliwości NSA (wszechpotężna amerykańska agencja wywiadu wewnętrznego – red.)” – szydził Galbraith w magazynie „Dissent”. Te zarzuty dotyczyły oczywiście postulatu, by podatek majątkowy został wprowadzony na szczeblu globalnym. Bo inaczej rzecz jasna przestanie mieć sens. Umożliwi bowiem uciekanie naprawdę dużym majątkom do krajów, które takiego rozwiązania nie wprowadzą. I cały pomysł zamiast przeciwdziałać nierównościom będzie je jeszcze poszerzał. W sieć zaplączą się tylko płotki, a więc podatkowi średniacy niemający możliwości, by przenieść się ze swoimi pieniędzmi do kraju o luźniejszym reżimie podatkowym. A przecież nie trzeba być wielkim ekspertem od spraw międzynarodowych, by zauważyć, że w dzisiejszym świecie po prostu nie ma dobrych warunków do wprowadzenia międzynarodowych rozwiązań podatkowych. Można nawet powiedzieć, że dziś o takie porozumienie byłoby nawet trudniej niż przed kryzysem w 2008 r. Wtedy jeszcze międzynarodowe instytucje finansowe, takie jak MFW czy Bank Światowy, dysponowały dużo większymi możliwościami perswadowania reszcie świata jednolitych standardów czy rozwiązań. Tylko że akurat wtedy miały one zdecydowanie inne priorytety niż wprowadzanie podatku majątkowego. Można nawet powiedzieć, że były to priorytety dokładnie przeciwstawne.

Ale zbywanie podatku Piketty’ego przy pomocy takich argumentów jest trochę nie fair. Bo Francuz na pewno naiwniakiem nie jest. I dość zręcznie broni się przed odsyłaniem jego koncepcji na półkę ze szlachetnymi, ale frajerskimi pomysłami na naprawę świata. Trudno na przykład odmówić celności jego argumentowi, że ponad 100 lat temu podobnie iluzorycznym rozwiązaniem wydawał się przecież podatek dochodowy. I co? Dziś jest czymś zupełnie oczywistym. Słusznie też wskazuje, że podatek majątkowy nie musiałby od razu zostać wprowadzony na całym świecie od Alaski po Madagaskar. Przecież taki model mógłby zostać w dowolnym momencie przyjęty przez grupę państw, które uznają to za słuszne. Na przykład na poziomie Unii Europejskiej lub przynajmniej jej części. Od strony technicznej nie ma żadnych przeciwskazań do stworzenia odpowiednich mechanizmów. Mało tego. Pewne fundamenty już nawet istnieją. Na przykład unijna dyrektywa z 2003 r., która zobowiązuje europejskie banki do informowania o środkach zgromadzonych na ich rachunkach przez obywateli innych krajów. A przecież można uchwalić prawo idące jeszcze dalej. Tak jak to zrobili w 2010 r. Amerykanie ustawą FATCA (Foreign Account Tax Compliance Act), przy pomocy której chcą zmusić cały świat do informowania ich fiskusa o pieniądzach trzymanych na zagranicznych kontach przez obywateli USA.

Ani dyrektywa UE, ani FACTA nie zostały rzecz jasna stworzone w jakimkolwiek związku z nałożeniem potencjalnego podatku majątkowego. Ich istnienie pokazuje jednak, że można posłużyć się tego typu ustawami i umowami międzynarodowymi w celu zebrania informacji na temat majątku, który opuścił kraj. Odpada więc argument tych wszystkich, którzy twierdzą, że takiego rozwiązania wprowadzić się nie da. Oczywiście, że się da. Potrzeba do tego tylko woli politycznej, której, rzecz jasna, brakuje. Dobrze pokazują to choćby historia wspomnianej już dyrektywy z 2003 r. i uzyskane przez takie kraje, jak Luksemburg czy Austria, wyjątki od automatyzmu przekazywania informacji przez tamtejsze banki. Podobnie z podatkiem od transakcji finansowych (tzw. FTT). Nazwanego już nawet przez złośliwych „fairy tale tax”, czyli podatkiem baśniowym. Bo choć mówi się o nim od kilku lat, to jakoś ciągle nie może się ziścić. Ale w demokracji wola polityczna może się szybko zmienić. A wtedy droga do mocniejszego opodatkowania majątku może się otworzyć szybciej, niż to się komukolwiek wydaje.

Uwolnić kapitał

Tym bardziej, że wcale nie jest tak, jakoby majątku nikomu się jak dotąd nie udało się opodatkować. Już na początku XX wieku taki podatek zafundowali sobie Niemcy (funkcjonował do 1997 r.) i Szwedzi (do 2007 r.). W 1977 r. na podatek majątkowy zdecydowali się Hiszpanie (potem w czasie ostatniego kryzysu w latach 2008–2010 go zawiesili, by teraz znów do pomysłu wrócić). W 1981 r. Francuzi. A dwa lata temu Włosi. Podobne rozwiązania istnieją w Indiach. Nie mówiąc już o takich krajach, jak Chiny, które nigdy nie zderegulowały swoich gospodarek. Każdy z tych przypadków był inny. Modele niemiecki, szwedzki i wzorowany na nich hiszpański – dość staromodne. Tam wysokość podatku opierała się na przeprowadzanych nieregularnie szacunkach wartości. Ale to, zwłaszcza w okresach wysokiej inflacji, sprawiało, że podatki łatwo odklejały się od rzeczywistości i przestawały mieć jakiekolwiek znaczenie. Model francuski był już trochę nowocześniejszy, bo uwzględniał rynkową cenę zasobów wchodzących w skład majątku. I co roku szacowano go na nowo. Ale i on miał dwa podstawowe błędy. Pierwszy polegał na dużej liczbie dostępnych zwolnień. Drugi na tym, że to podatnik sam deklarował, jakie zasoby są w jego posiadaniu. Z kolei Włosi wprowadzali podatek dla bogaczy na szybko, bo pod wpływem poszukiwania dodatkowych wpływów do budżetu w najgorszym momencie kryzysu zadłużeniowego. Zdecydowali się więc na sklecony na kolanie mało konsekwentny mechanizm. Ze stawką wahającą się od 0,8 proc. od wartości nieruchomości do 0,1 proc. od depozytów (wyłączając inne aktywa finansowe). System był też zupełnie płaski, bo wszyscy płacili tę samą stawkę.

Każdy z tych przykładów można oceniać różnie. Istnieje wiele prac empirycznych (najważniejsze to analizy francuskiego ekonomisty Erica Picheta) wskazujących, że wprowadzenie podatku majątkowego wzmagało takie zjawiska, jak odpływ kapitału za granicę. Z drugiej strony byłoby dziwne, gdyby takiego odpływu nie odnotowano. Zwłaszcza w warunkach demokratycznych, otwartych europejskich gospodarek. Jednak kraje, które się na taki krok zdecydowały, jakoś się nie zawaliły. Nie można nawet powiedzieć, by z powodu podatku majątkowego wpadły w szczególnie głębokie załamanie gospodarcze. Nie było też wielkiej plagi sporów z władzami podatkowymi o to, że źle oszacowały wartość podlegających opodatkowaniu elementów majątku. Tym bardziej że urzędowa wycena wartości nie jest w podatkowej rzeczywistości konstrukcją zupełnie nieznaną. Wspomnieć wystarczy (obowiązujące również w Polsce) prawo fiskusa do arbitralnego podważenia zadeklarowanej przez strony ceny sprzedaży np. mieszkania.

Prócz argumentu o ucieczce kapitału za granicę i problemach administracyjnych z oszacowaniem wartości majątku przeciwnicy podatku Piketty’ego wskazują zazwyczaj jeszcze na jeden problem. I to dość istotny. W niektórych przypadkach nałożenie podatku na majątek zmuszałoby jego posiadaczy do regularnego spieniężania jego części. Właśnie w celu pokrycia podatkowego obowiązku. W przypadku naprawdę wielkich fortun mógłby pojawić się problem braku nabywcy. Skoro wszyscy będą musieli sprzedawać, czy będzie miał kto kupować? I czy nie doprowadzi to do wpadnięcia w niebezpieczną spiralę spadku cen? – pytał amerykański publicysta ekonomiczny Tim Worstall. I na tę wątpliwość znaleźć można jednak kontrargument. No bo czy sprzedaż elementów majątku nie doprowadziłaby do ich lepszego wykorzystania? Być może właśnie podatek Piketty’ego byłby siłą zdolną do wpuszczenia w gospodarczy krwiobieg całego zachomikowanego kapitału. Z korzyścią dla poziomu inwestycji i produktywności.

Podatek majątkowy – jak każdy nowy podatek – budzi strach. I jest to naturalny odruch. Tyle że strach nie zawsze bywa najlepszym doradcą. Dlatego warto przyglądać się i tej nowince. Zamiast ciągle powtarzać, że tego się na pewno nie da zrobić. Bo zrobić się da. Pytanie raczej, czy demokratyczne społeczeństwa będą tego chciały.