statystyki

Konkurencyjność na rynku? Płacimy za nią ogromną cenę

autor: Rafał Woś20.06.2014, 07:15; Aktualizacja: 20.06.2014, 08:46
Co to jest konkurencyjność? Istnieje cała masa dobrych definicji.

Co to jest konkurencyjność? Istnieje cała masa dobrych definicji.źródło: ShutterStock

Żyjemy w świecie, który uważa konkurencyjność za coś bezsprzecznie dobrego. Wielbimy konkurencyjne firmy oraz konkurencyjne gospodarki. Chcemy, żeby konkurowali ze sobą pracownicy, szpitale, urzędy i uczelnie. Tylko czy zdajemy sobie sprawę, jak wysoka jest cena, jaką za ten kult płacimy?

Reklama


Młody brytyjski socjolog Will Davies zaczął w połowie ubiegłej dekady prace nad swoim doktoratem. Chciał stworzyć zestaw idei, za pomocą których uzasadniane są najważniejsze kierunki polityki publicznej naszych czasów. Szybko doszedł do wniosku, że właściwie nie ma już cnót, których wartości nikt nie kwestionuje. „Wolność, równość, braterstwo”? Zapomnij! „Indywidualizm”? Podejrzany! „Postęp”? Wątpliwy! Szybko uderzyło go, że jest właściwie tylko jedna wartość, którą kochają wszyscy. I której od wielu dekad nikt nie próbuje nawet podawać w wątpliwość. Tą wartością była właśnie konkurencyjność. Dziś Davies wykłada na Uniwersytecie w Warwick. I właśnie opublikował swoją książkę „The Limits of Neoliberalism” (Granice neoliberalizmu). Ale równie dobrze mogłaby się nazywać „Krótka historia konkurencyjności”. Bo zdaniem Daviesa to właśnie konkurencyjność jest kluczem do zrozumienia tej wielkiej rewolucji, która w ciągu kilku dekad przebudowała nie do poznania wszystkie zachodnie społeczeństwa. I której dziećmi jesteśmy dziś wszyscy. Nieważne, czy nam się to podoba, czy też nie.

Moda na Portera

Co to jest konkurencyjność? Istnieje cała masa dobrych definicji. Ale większość z nich i tak prędzej czy później odeśle nas do prac Michaela E. Portera, profesora renomowanej Harvard Business School. W jednym z wywiadów Porter wspominał, że tematem konkurencyjności zainteresował się podczas studiów ekonomicznych, gdy był członkiem uniwersyteckiej drużyny biorącej udział w międzyuczelnianych zawodach golfowych. Kiedy więc (na początku lat 70.) zaczął uczyć biznesu na Harvardzie, szybko odkrył, że istnieje zadziwiająco mało badań na temat tego, jak wygrywać w sytuacji, gdy pretensje do tego samego zgłasza wielu innych pretendentów. Czyli właśnie jak być konkurencyjnym. W ciągu kilkunastu kolejnych lat Porter zyskał międzynarodową sławę największego autorytetu w tej dziedzinie. Chyba dlatego, że nie zadowalał się tradycyjnym podejściem w stylu „musisz ciężko pracować i dawać z siebie wszystko”. Dla niego to tłumaczenie było zdecydowanie zbyt płytkie. To on zaczął mówić i pisać o „przewadze konkurencyjnej”, czyli sposobie na osiągnięcie przez firmę nadrzędnej pozycji wobec innych graczy działających na tym samym rynku. Ta przewaga może się wyrażać na różne sposoby. Może polegać po prostu na niższej cenie, może też na lepszej obsłudze albo na stworzeniu wrażenia, że firma jest zdolna do bardziej kompleksowego zaspokojenia potrzeb klienta (to przewaga informacyjna). W całym porterowskim systemie są również elementy drapieżne. Jak choćby ten, że o przewagi konkurencyjne trzeba bić się za wszelką cenę. Bo komu uda się osiągnąć przewagę jakościową, ten automatycznie zwiększa sobie swobodę w dziedzinie operowania cenami. Uzyskując z kolei przewagę cenową, przedsiębiorstwo zwiększa swobodę w dziedzinie kształtowania instrumentów pozacenowych. Natomiast zdobywając przewagę informacyjną, może skutecznie kształtować preferencje nabywców. Jednocześnie jest tak, że przewaga konkurencyjna nie jest dana raz na zawsze. Dlatego po jej zdobyciu trzeba... walczyć dalej. Dążąc nieprzerwanie do powiększenia jej wielkości. Jak na wojnie. To nie koniec. Harwardczyk Porter stworzył też cały zestaw narzędzi do skutecznego budowania firmowej konkurencyjności. Na przykład słynną pięcioelementową analizę strukturalną sektora, która powinna być – jego zdaniem – pierwszym krokiem do stworzenia w firmie strategii konkurencji. Aby to zrobić, trzeba oszacować kolejno: poziom rywalizacji w sektorze, groźbę nowych wejść, siłę przetargową nabywców, siłę przetargową dostawców i zagrożenie ze strony substytutów. To Porter wymyślił też słynne pojęcie łańcucha wartości, czyli sposobu, w jaki każda firma powiększa wartość swoich wyrobów. Dziś wszystkie te porterowskie pojęcia są absolutnym abecadłem skutecznego zarządzania. Zna je prawdopodobnie każdy menedżer w każdej branży, każdego kraju pod słońcem.

Boom na systematyczne budowanie konkurencyjności ściśle wedle wskazówek Portera (i jego rozlicznych naśladowców) trwał nieprzerwanie przez połowę lat 70. i całą dekadę 80. Ale w 1990 r. ekonomista (pewnie biorąc sobie do serca własne nauki o konieczności ciągłej rozbudowy własnej przewagi konkurencyjnej) poszedł jeszcze o krok dalej. I napisał książkę „Konkurencyjna przewaga narodów”. W której twierdził wprawdzie, że państwo to nie firma, a prezydent czy premier nie są odpowiednikami prezesa albo CEO. Ale nie można przecież zaprzeczyć, że konkurencja między państwami realnie istnieje, a od jej wyniku zależy dobrobyt obywateli. Na dobrą sprawę powinno się więc przenieść wszystkie porterowskie rady dotyczące budowania przewagi konkurencyjnej z przedsiębiorstw na kraje. W końcu gospodarka narodowa to nic innego, jak suma krajowych przedsiębiorstw – wyrokował Porter. I proponował, by państwo wzięło na siebie wydatki infrastrukturalne, budowało biznesowe klastry i inwestowało w edukację. A rynek już w naturalny sposób podzieli wypracowane w ten sposób zyski. Tak oto moda na Portera i jego strategie konkurencji przeniosła się z korporacji do gabinetów premierów i ministrów. Którzy stopniowo coraz chętniej przedstawiali się w roli sprawnych menedżerów, a coraz rzadziej mówili o sobie w kategoriach politycznego przywódcy.

Mniej więcej w tym samym czasie na Zachodzie zaczęła się szerzyć jeszcze jedna moda. Postulująca w zasadzie to samo. To znaczy zapożyczenia żelaznej logiki konkurencyjności. I przeniesienia jej tym razem do działań administracji publicznej. Od usług komunalnych po zdrowie publiczne. To było tzw. nowe zarządzanie publiczne (ang. new public management – NPM). Realizujące się w praktyce w takich schematach, jak: zlecanie wykonywania zadań publicznych podmiotom prywatnym, czyli outsourcing (niech sektor prywatny konkuruje ze sobą o rządowe zlecenia). Albo partnerstwo publiczno-prywatne (niech konkurencja prywaciarzy rozrusza sektor publiczny). Urokom tego typu rozwiązań w kolejnych dwóch dekadach dało się uwieść wiele krajów rozwiniętych. A NPM weszło wówczas do programów większości sił politycznych niezależnie od barw ideologicznych. Jedyna różnica polegała w zasadzie tylko na tym, że na sztandarach prawicy widniał wprost postulat ostatecznego wbicia noża w serce etatystycznej hydry. Podczas gdy lewica przekonywała do „koniecznego zwiększenia wydajności usług publicznych”. Fascynacja NMP dotarła również do takich krajów jak Polska. Więcej nawet. Neoficka Polska rzuciła się w objęcia nowej mody bez najmniejszych oporów. Bo w NPM widziano wręcz jedyny sposób na ucywilizowanie rodzimej administracji naznaczonej piętnem PRL-u. Dzięki niemu z polskich urzędów miała zniknąć gruba niemiła urzędniczka rodem z „Misia”, a zastąpić ją miała nowoczesna „asystentka klienta” w lot odgadująca nasze niewypowiedziane myśli.

Biznes kocha Chicago

Prymat konkurencyjności międzynarodowej i nowe zarządzanie publiczne to tylko dwa czytelne przykłady zjawiska, które zaczęło się kilkadziesiąt lat wcześniej. I jest związane z dwoma nazwiskami. Pierwsze z nich to Aaron Director. Zwykle kojarzony przede wszystkim z tym, że prywatnie był szwagrem Miltona Friedmana. I podobno mocno przyczynił się do zatrudnienia tego przyszłego ekonomicznego celebryty na Uniwersytecie Chicagowskim. Tak naprawdę rola Directora była dużo większa. Bo tak na dobrą sprawę to właśnie jego można uznać za szarą eminencję chicagowskiej szkoły ekonomicznej – kuźni idei, które stały się potem podstawą neoliberalnych rewolucji w kilkunastu państwach świata od Chile przez USA i Wielką Brytanię po postkomunistyczną Europę. Director przybył do Chicago w 1946 r., by objąć katedrę w tamtejszej renomowanej szkole prawa. Tak, właśnie prawa. Co miało znaczenie kolosalne. Bo w tradycyjnej ekonomii dominowali wtedy keynesiści. A z nimi neoliberał Director nie chciał mieć nic wspólnego. Zaczął więc jakby na boku tworzyć zupełnie nowy kierunek badań – szkołę prawa i ekonomii (ang. law & economics). A chicagowscy keynesiści długo w ogóle nie zdawali sobie sprawy, że konstruowana przez Directora bomba wkrótce na lata wysadzi ich z siodła.


Pozostało jeszcze 57% treści

Czytaj wszystkie artykuły
Miesiąc 97,90 zł
Zamów abonament

Mam kod promocyjny
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy INFOR Biznes. Kup licencję
Więcej na ten temat

Reklama


Artykuły powiązane

Polecane

Komentarze (2)

  • .....(2014-07-13 09:37) Zgłoś naruszenie 00

    To nauczycieluchy tak zmanipulwały naród i obezwładnić cały rynek pracy i gospodarke.Zaczyna sie juz od samej matury i konkursow matur na studia.Wymyslili cos co jest psycholgicznym i statystycznym. absurdem i sluzy tylko potwerdzeniu tego co juz wiadome.To znaczy tego,ze % pkt na maturze rowny jest wzorowi: średnia arytmetyczna ze szkoly podstawowej+ srednia arytmetyczna ze szkoly sredniej/2 i przeliczona na punkty (jaki odsetek stanwi ona w skali).



    Sprawdza sie na 99,9 studentow i maturzystow bez wzgledu na to jakie przedmioty wezmiemy pod uwage.


    PO czym place i praca bedzie adekwatna do teg,co napisalam,a nie do teg co chca wymanipulowac uczelnie.A robia bo sa głupie i ich aspiracje przerastaja ich rzeczywiste mozliwosci intelektualne.

    Odpowiedz
  • gorsze samopoczucie psychiczne(2014-07-13 09:41) Zgłoś naruszenie 00

    pensja i zawod ustala sie w tym momencie.Studia to tylko dawanie pracy akademickim miernotom w wiekszosci i przetrzymywanie głodnych i bezrobotnych.Konczowy efekt bedzie zgodny z IQ.Gdy ktos jest wybitny moze byc nękany bardzo długo.

    Odpowiedz

Twój komentarz

Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.

Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!

Redakcja poleca

Polecane

Reklama