Teoretycznie można by nad tym ubolewać, bo w założeniu ideą konkursów na prezesów państwowych firm było to, żeby menedżerowie trafiali tam w sposób przejrzysty i żeby nie padł choć cień podejrzenia, że delikwent jest z partyjnego nadania. Tyle teorii. A praktyka? Co najmniej kilka przykładów spółek pokazuje, że jak trzeba upchnąć swojego kandydata, to nic nie staje na przeszkodzie, można to zrobić i w drodze konkursu.

Dlatego wolę już, jak bez ceregieli – czytaj konkursów – rady nadzorcze przedłużają kadencje dotychczasowym zarządom, zwłaszcza że – oddajmy sprawiedliwość – są wśród nich takie, którym z racji pozytywnych dla firmy wyników swoich działań wciąż miejsce w tych fotelach się należy.

Nie jest to na pewno idealny sposób na obsadzanie stanowisk w dużych państwowych spółkach, ale dopóki nie dojdzie do całkowitej reformy przepisów w tym względzie, chyba najbardziej uczciwy. A czy kiedyś doczekamy się czasów, że państwowi giganci będą wybierać sobie prezesów w taki sposób, jak firmy prywatne – gdzie liczą się kompetencje, a selekcji dokonują niezależne firmy headhunterskie? Chyba jeszcze wiele wody w Wiśle upłynie.