Ekonomiści, inwestorzy, politycy, obserwując bieżącą niską inflację, wyższe niż przed kryzysem bezrobocie i stabilne agregaty monetarne, praktycznie zgadzają się co do tego, że inflacja nie ma prawa pojawić się przez najbliższe 5 lat.

Argumenty przeciw takim prognozom, należy uczciwie przyznać, ciągle są bardzo subtelne. Obecne w USA w latach 70. spirale płacowo-cenowe przestały się pojawiać po wyeliminowaniu mechanizmów indeksacyjnych w większości gospodarek rozwiniętych. Stąd zarobki godzinowe przestały odzwierciedlać ruchy na inflacji. Również wzrosty produktywności i skumulowane nierówności w dochodzie właścicieli kapitału i pracowników wcale nie muszą zwiastować rychłego wzrostu płac i cen. Firmy ustalają płace praktycznie w oderwaniu od produkcyjności pracy. Łączny wzrost produktywności pracy w ostatnich sześćdziesięciu latach był kilka razy wyższy od łącznego wzrostu płac.

Inaczej jest z relacją dynamiki produktywności pracy (a z tą, czy w USA, czy w Wielkiej Brytanii, nie jest najlepiej) do tempa wzrostu płac. Nadal pokazuje ona niewielkie zagrożenie inflacją, choć jeśli trend spadku produktywności się utrzyma, to przy zacieśniającym się rynku pracy, a z tym mamy niewątpliwie do czynienia w USA, inflacja bazowa będzie podążać do celu Fed i będzie argumentem za dalszymi krokami w stronę normalizacji polityki monetarnej. Co ważne, w największej gospodarce świata nie można obecnie absolutnie mówić o napięciach deflacyjnych.

Diagnoza ta nie jest jednak adekwatna dla strefy euro, gdzie niska inflacja jest niemal wpisana w utrzymanie integralności bloku. Peryferia, wobec sztywnych kursów walutowych, odzyskują konkurencyjność na drodze kosztownej społecznie wewnętrznej dewaluacji (czyli deflacji kosztów pracy). Połączenie spadku kredytu w Hiszpanii, Portugalii, we Włoszech z niską inflacją to mieszanka niebezpiecznie bliska deflacji. Pozostawia to szerokie pole do dalszego rozluźniania polityki pieniężnej (w tym obniżki stóp). Stać tak się może nawet przy coraz bardziej wyraźnym rozjechaniu się ścieżek inflacji między wspomnianymi peryferiami i Niemcami (rekordowo niskie bezrobocie, wzrost płac i inflacji).

Globalne otoczenie, włączając wrażliwe na koniunkturę w krajach rozwiniętych ceny surowców, w dużym stopniu zdeterminuje ścieżkę inflacji w Polsce. Jednak nawet w przypadku małej gospodarki otwartej, jaką (modelowo) jest Polska, czynniki krajowe mogą mieć pewne znaczenie dla procesów inflacyjnych. Po pierwsze, ożywienie gospodarcze jest w Polsce coraz trwalsze i rozlewa się na coraz to nowe sektory. Po drugie, gospodarka nasza, wbrew powszechnym obawom, wcale nie operuje w stanie dalekim od równowagi. Tak jak spowolnienie wiązało się ze spadkiem realnej dynamiki płac, tak ożywienie już przynosi jej przyspieszenie. Obecnie notowana dynamika płacy realnej jest już bliska maksimom notowanym w ostatnim cyklu (w 2010 r.). Już teraz obserwujemy pierwsze oznaki postępującego zacieśniania rynku pracy (odwrócenie trendu wzrostowego stopy bezrobocia) oraz negatywne uwarunkowania demograficzne (potencjalna siła robocza osiągnęła już szczyt, co może okazać się szczególnie bolesne przy ewidentnie pracochłonnym modelu polskiej gospodarki). Stąd też wniosek, że jest przestrzeń dla nawet istotnego przyspieszenia płac w 2014 r. To tym bardziej prawdopodobne, że ostatni cykl upłynął pod znakiem stałej nadwyżki produktywności nad płacami, a w okresie spowolnienia 2012–2013 nie tylko nie spadło wykorzystanie mocy produkcyjnych, firmy nie zredukowały znacząco zatrudnienia, bo... od kilku lat utrzymywały je na minimalnym poziomie.

O ile w I połowie 2014 r. odbicie inflacji w Polsce może mieć jeszcze niewiele wspólnego z procesami gospodarczymi, a raczej będzie wynikało z efektów statystycznych z 2013 r., to w drugiej połowie roku wzrost płac i presja na ceny usług przełożą się na wzrost inflacji (czytelne, cykliczne odbicie) i staną się przyczynkiem do normalizacji stóp NBP.