50 mln euro – tak taniej prezydencji jeszcze w dziejach unijnej dyplomacji nie było. Grecy, którzy 1 stycznia przejęli przywództwo w UE, zastrzegają, że ma to być absolutne maksimum wydatków, jakie będą w stanie ponieść na organizację unijnych spotkań i prac w pierwszej połowie 2014 r.

Żadnych luksusów. – Do Brukseli wysyłamy 156 osób w porównaniu z tradycyjnie 250-osobowym personelem – mówi Aleksandros Widuris, rzecznik greckiej prezydencji. – Tylko dziewięć osób zostało zatrudnionych w biurze w Atenach – dorzuca. A to dopiero początek: Grecy postanowili zafundować unijnym dyplomatom spartańskie, jak na unijne zwyczaje, warunki. Utworzono programy sponsorskie dla lokalnych biznesmenów, którzy chcieliby wesprzeć kraj – prywatni przedsiębiorcy ufundują m.in. wynajem samochodów na spotkania przywódców UE oraz urzędników, a narodowy przewoźnik Aegean Airlines ma zasponsorować im bilety na przeloty.

Ale i przelotów będzie zapewne niewiele. – Nie oczekujcie spotkań na egzotycznych wyspach – zapowiada kwaśno rzecznik. – Wszystkie spotkania o nieformalnym charakterze będą się odbywać w budynku w Atenach, gdzie całe wyposażenie już jest i nie trzeba niczego instalować – dodaje. Na specjalne życzenie szefowej dyplomacji UE Catherine Ashton tylko jedno z takich spotkań – ministrów spraw zagranicznych państw członkowskich – ma zostać wyprowadzone do obiektu położonego na przedmieściach stolicy.

Logo prezydencji też jest skromniutkie: niewielki żagielek na błękitnym tle. Jego autorem nie jest żaden z renomowanych plastyków, których w końcu w Atenach nie brakuje, lecz jeden z młodych greckich przedsiębiorców, który za swoje dzieło dostał 12,5 tys. euro. Sumę symboliczną jak na brukselskie standardy – przypomina, zapewne nie bez lekkiego sarkazmu, Widuris. – Na logo prezydencji średnio wydawano ok. 150 tys. euro – wytyka. Ba, gospodarze twierdzą, że nie przewidują nawet gadżetów, którymi zwykle obsypywano zjeżdżających na spotkania prezydencji gości, od polityków po dziennikarzy. Poza realnymi oszczędnościami Grecy najwyraźniej wysyłają Brukseli komunikat: chcecie, żebyśmy oszczędzali? To macie.

Być może zresztą jest na odwrót – to właśnie Europa pokazuje Grekom, jak oszczędzać. – Mamy tu delegacje z Europejskiego Banku Centralnego, MFW i Komisji Europejskiej. Siedzą w każdym ministerstwie, więc nie mamy zbyt wiele do powiedzenia – skwitował gorzko w rozmowie z telewizją Russia Today Aris Chacistefanu, grecki dziennikarz. – Powiedzieć dziś, że kraj taki jak Grecja może przewodzić UE, to jak stwierdzić, że jakaś republika bananowa w Ameryce Łacińskiej lat 70. mogła zmienić politykę zagraniczną Stanów Zjednoczonych – dodał.

Powiedzieć dziś, że kraj taki jak Grecja może przewodzić UE, to jak stwierdzić, że jakaś republika bananowa w Ameryce Łacińskiej lat 70. mogła zmienić politykę zagraniczną USA

Biedne miasto

I prędko się to nie zmieni. Jesienią ubiegłego roku poziom bezrobocia w kraju pobił rekord: sięgnął 27,4 proc. I od tamtej pory spadł symbolicznie – do 27 proc., co w sporej mierze można przypisać grudniowemu lekkiemu ożywieniu w gospodarce, kiedy to powstało ok. 20 tys. nowych miejsc pracy. Ale i znalezienie płatnego zajęcia nie zawsze oznacza wyjście na prostą. Z sondażu Grupy Badań nad Polityką Publiczną Ateńskiego Uniwersytetu Ekonomii i Biznesu wynika, że ponad 44 proc. Greków w ubiegłym roku uzyskało dochody sytuujące ich poniżej granicy ubóstwa. W przeliczeniu na konkretne kwoty oznacza to 665 euro miesięcznie na jedną osobę lub 1397 euro na parę wychowującą dwójkę dzieci.

Zadziwia za to, jak rząd w Atenach przekuwa porażkę w sukces. – Rynek pracy stabilizuje się. Tempo wzrostu bezrobocia stale spada – skomentował grudniowe dane minister pracy Jannis Wrutsis. Można i tak: w połowie 2012 r. bezrobotnych przybywało w tempie 44,4 proc. miesięcznie, w rekordowym wrześniu ubiegłego roku mnożyli się w tempie 5,9 proc. – Ten trend będzie się utrzymywał – pocieszył rodaków Wrutsis. – I w połączeniu z dalszą promocją polityki wzrostu gospodarczego i działaniami wymierzonymi w niezadeklarowane i nieubezpieczone zatrudnienie doprowadzi w tym roku do spadku bezrobocia – zapewnił.

Optymizm greckich przywódców wykracza jednak znacznie poza rynek pracy. OECD i Komisja Europejska szacują, że Ateny wyjdą z recesji najwcześniej w 2015 r. Ale nic to: premier Antonis Samaras w noworocznym orędziu zapowiedział, że już w tym roku kraj przestanie korzystać z unijnych środków pomocowych. W projekcie budżetu na ten rok założono, że wzrost gospodarczy po raz pierwszy od sześciu lat osiągnie dodatni poziom – skromne 0,6 proc. co prawda, ale już można byłoby to uznać za wyjście z recesji (gwoli sprawiedliwości, podobną prognozę przygotował też MFW). Nadwyżka budżetowa miałaby sięgnąć 812 mln euro. – Zaczynamy prezydencję z gospodarką w dobrym stanie – podsumowywał kilka dni temu minister finansów Jannis Sturnaras. – 2013 r. był lepszy, niż oczekiwaliśmy: recesja była płytsza. To odzwierciedla pozytywne procesy, jakie zachodzą w naszej gospodarce – podkreślał. Gospodarce, która – o czym już nie wspomniał – od 2008 r. skurczyła się o 23 proc.

Być może, jak zapowiadają niektórzy, to wszystko jednak kampania przed najtrudniejszym zadaniem, jakie Ateny stawiają sobie na ten rok: wypracowaniem porozumienia dotyczącego restrukturyzacji 240 mld euro długu zaciągniętego w ramach bailoutu. Wspomniani przedstawiciele trojki rezydujący w greckich ministerstwach nie mają zamiaru odpuszczać dłużnikom – jakiekolwiek sugestie poluzowania drastycznych środków oszczędnościowych są odrzucane. W odpowiedzi Samaras straszy partnerów w Brukseli wizją zamieszek na ulicach, upadku jego gabinetu i przejęcia władzy przez ugrupowania, które bez wahania zerwą zawarte ugody, i potencjalnym wyjściem Grecji ze strefy euro. Sukcesy, o których trąbią ministrowie, też nie są tu bez znaczenia – skoro jest tak dobrze, dlaczego to psuć?

– Ja wam powiem, jak się ma grecka gospodarka – zaperza się Chacistefanu. – W tej chwili Ateny są spowite dymem i dzieje się tak dlatego, bo ludzie nie mają pieniędzy na paliwo czy elektryczność, żeby się ogrzać. To dzieje się po raz pierwszy od II wojny światowej i myślę, że to obrazek prawdziwszy od rządowej propagandy. Jeżeli miałbym przewidywać jakieś wyniki na 2014 r., to powiedziałbym, że bezrobocie będzie na poziomie 30 proc., 60 proc. wśród młodych. Dług publiczny będzie wciąż gigantyczny, a poziom ubóstwa najwyższy wśród trzech ostatnich pokoleń – prorokuje.

Wzrost skromny, ale zawsze

Zadziwiająco podobne nastroje panują na przeciwnym krańcu Europy. – Jeśli 2012 był rokiem zaciskania pasa, 2013 – rokiem reform, to 2014 będzie rokiem, w którym zacznie się gospodarcza odbudowa kraju – wieszczył na poświątecznej konferencji prasowej premier Hiszpanii Mariano Rajoy. – Kończymy ten rok z mocniejszymi fundamentami odnowy – dodał. Te fundamenty to 0,1-procentowy wzrost gospodarczy i przeszło 107 tys. nowych miejsc pracy, które udało się stworzyć w grudniu ubiegłego roku, co oznaczało spadek poziomu bezrobocia o 2,24 proc. tylko w ciągu kilku tygodni.

Z pozoru to niewiele, nawet jeśli Grecy mogliby zzielenieć z zazdrości. Jednak rynki od kilku miesięcy patrzą na Hiszpanię z coraz większym optymizmem. Obligacje znacznie potaniały, od listopada zaczęli wracać zagraniczni inwestorzy, a hiszpańskim przedsiębiorcom poprawiły się nastroje. Zgodnie z badaniem Markit (PMI), mierzącym aktywność sektora usług, liczba nowych zamówień i transakcji w grudniu była najwyższa od 2007 r. – Obserwujemy pewne poluzowanie budżetów konsumentów i gospodarstw domowych, ale też biznes wydaje się bardziej otwarty na zatrudnianie nowych pracowników, dostarczanie na rynek nowych produktów i większe wydatki np. na reklamę – komentuje wyniki badania Chris Williamson, główny ekonomista Markit.

Rajoy co prawda zachowuje powściągliwość, a 0,1 proc. wzrostu gospodarczego uznał za wynik skromny, ale koledzy z gabinetu uderzają w inne tony. – W tym roku zobaczymy, jak wszędzie będą powstawać nowe miejsca pracy, szybciej nawet, niż przewidywaliśmy to we wrześniu, tworząc budżet – roztaczał na początku stycznia kuszącą wizję w jednej ze stacji radiowych minister gospodarki Luis de Guindos. Według niego kluczowe znaczenie mogą mieć wychwalana przez OECD reforma rynku pracy oraz stopniowa odbudowa sektora bankowego, która pozwoliłaby poluzować nieco warunki uzyskania kredytów przez przedsiębiorców. Z kolei minister ds. budżetu Cristobal Montoro zapowiada, że ze względu na wyjście z recesji już w 2015 r. – rok wcześniej, niż oczekiwano – Madryt powinien odnotować nadwyżkę budżetową.

Hiszpanie kują więc żelazo, póki gorące, korzystając z niezłych nastrojów na rynkach. W ostatnią środę zapowiedzieli, że wyemitują w 2014 r. obligacje warte w sumie 242 mld euro, z czego przeszło połowę – 133 mld euro – mają stanowić papiery średnio- i długoterminowe. W lutym mają rozpocząć się prace nad największą tegoroczną reformą zaplanowaną przez gabinet Rajoya: podatkową. Zgodnie z tym, co ujawnił już Cristobal Montoro, zmiany będą polegać na powszechnej obniżce podatków dochodowych. – Obejmą one wszystkich podatników, ale proporcjonalnie i progresywnie – zapowiedział minister ds. budżetu. Podwyższone mogą zostać za to podatki dla biznesu, choć na osłodę przedsiębiorcy powinni dostać ulgi inwestycyjne. Eksperci rządzącej Partii Ludowej grzebią już przy reformie systemu emerytalnego zmierzającej do ograniczenia świadczeń dla 9 mln osób w najbliższych latach.

W odróżnieniu od Aten rząd w Madrycie najwyraźniej chce iść za ciosem. W ubiegłym roku Rajoy przeforsował kontrowersyjną reformę rynku pracy, która co prawda doprowadziła do furii związkowców, ale też została z ulgą przyjęta przez przedsiębiorców. W skrócie zmiany sprowadzały się do poluzowania rygorów zwalniania z pracy, przy jednoczesnym zachęcaniu do zatrudniania, m.in. w niepełnym wymiarze pracy. Pozycja pracodawcy względem związkowców w przypadku potencjalnych sporów i strajków została wyraźnie wzmocniona. – Nowe przepisy pomagają w promocji zatrudniania, zwłaszcza na umowach stałych – zachwycili się reformą eksperci OECD. Z ich wyliczeń wynika, że zmiany w prawie mogą przyczynić się do powstawania co miesiąc 25 tys. nowych miejsc pracy. Gdyby udało się uzyskać takie tempo, w 2014 r. bezrobocie mogłoby spaść co najmniej o 6 proc. Stutysięczna rzesza nowych pracowników zatrudnionych w grudniu wskazuje, że w optymistycznych prognozach może tkwić ziarnko prawdy.

I tylko Hiszpanie patrzą na te zapowiedzi sceptycznie. W odróżnieniu od Greków załamanie się finansów publicznych, rynku nieruchomości i sektora bankowego oraz będący ich konsekwencją bailout przyjęto na Półwyspie Iberyjskim ze sporą dozą rezygnacji. Obyło się bez zamieszek i bicia ministrów, choć zarówno gabinet Rajoya, jak i jego socjalistycznego poprzednika Jose Luisa Zapatero napsuły rodakom sporo krwi. Za to dziś w zapewnienia polityków wierzą już nieliczni: według sondażu gazety „El Mundo” 71 proc. respondentów spodziewa się, że gospodarka wyjdzie z dołka najwcześniej w 2015 r.

Trudno się dziwić, choćby sądząc po ostatnich świętach. – Sprzedaliśmy mniej niż rok temu – mówił Tomas Miguel, właściciel sklepu z pamiątkami i wyrobami ze srebra w Burgas na północy kraju. – Po prostu nie ma klientów, a ci nieliczni, którzy jeszcze tu zaglądają, szukają wyłącznie tanich drobnostek – dodawał. – Coraz więcej klientów podejmuje decyzje wyłącznie na podstawie ceny – komentuje Josep Valls, hiszpański ekonomista. – Gdy ludzie kupują prezenty, szukają rzeczy użytecznych, przecen i promocji – dorzuca. No cóż, nawet uwzględniając grudniowe wyniki z rynku pracy, 4,7 mln Hiszpanów wciąż nie ma zatrudnienia – co oznacza około 24-proc. bezrobocie. Gdy kilka tygodni temu Ikea ogłosiła, że zatrudni 400 osób do swojego nowego sklepu w Walencji, do biura kadr napłynęły zgłoszenia od 20 tys. chętnych.

Szturm inwestorów na Dublin

Oba południowoeuropejskie kraje mogą z zazdrością przyglądać się Irlandczykom, którzy w grudniu zakończyli bailout. Ceną za wyjście z programu pomocowego i zdjęcie nadzoru trojki były brutalne reformy: nowe podatki, redukcje płac, wzrost bezrobocia i nienotowany od dziesiątków lat, gwałtowny wzrost liczby emigrantów. Ale – chociaż przeciętni mieszkańcy Zielonej Wyspy sarkają, że 300 tys. ich rodaków musiało wyjechać, z wielu firm odeszli cenieni specjaliści, a możliwość uzyskania kredytu jest niemalże równa zeru – sektor IT znowu rozkwitł, bezrobocie spada z miesiąca na miesiąc, a Irlandia odzyskała twarz na rynkach finansowych. Dowodów nie trzeba daleko szukać: pierwsza w tym roku wyprzedaż irlandzkich obligacji skończyła się szturmem inwestorów – 10-letnie papiery warte 3,75 mld euro sprzedano od ręki, olbrzymia część chętnych – w sumie oferujących 14 mld euro – musiała obejść się smakiem. Inna sprawa, że Dublin chce do końca roku wyemitować obligacje warte w sumie 10 mld euro, więc okazji do zakupu nie zabraknie.

Na dobrej drodze do realizacji podobnego scenariusza są też Portugalczycy. Do tej pory Lizbona przeżyła już dziesięć urządzonych jej przez trojkę przeglądów stanu reform, ostatni – w połowie grudnia. – Nasi wierzyciele zgodzili się, że osiągnęliśmy wyznaczone cele. To była bardzo sprawna ewaluacja, co dowodzi, że koniec programu pomocowego nastąpi w uzgodnionym przez nas terminie – chwaliła się minister finansów Maria Luis Albuquerque. Czyli – w połowie tego roku.

Wszystko to nie oznacza jednak, że czas odtrąbić koniec kryzysu. Po latach mniej lub bardziej trafionych prognoz, dotyczących rozwoju sytuacji w eurostrefie, eksperci są ostrożni. Koniec realizacji bailoutu w Irlandii nie oznacza przecież, że Irlandczycy pozbyli się góry długów – uzyskali jedynie taką płynność finansową, która pozwala im obsługiwać go bez pomocy z zewnątrz. Portugalska gospodarka w ubiegłym roku wciąż się zwijała, na plusie będzie dopiero w 2014 r. – a i to ledwie 0,8-proc. Włosi i Francuzi wciąż balansują na krawędzi recesji. Wejście Łotwy do strefy euro może być pocieszającym aktem wiary, ale los unii walutowej wciąż nie został przesądzony. Po prostu kolejny sezon kryzysowego serialu powoli dobiega końca.