Tylko państwo zapewni mi pewną i dobrze płatną pracę. Mam nadzieję, że po ukończeniu studiów uda mi się dostać do Straży Granicznej – przekonuje Krzysztof Turek, student Akademii Obrony Narodowej. Jego słowa oddają zmianę, która w nas zaszła: przestaliśmy się zachwycać wolnym rynkiem, „centrala” znów jest ceniona. Kryzysy oraz napływ unijnych pieniędzy sprawiły, że od państwa zaczęliśmy się domagać o wiele większego zaangażowania. Wszędzie: od polityki społecznej, przez nadzór nad bankami, po interwencję w gospodarkę. – Nie ma mowy o dalszym podążaniu w kierunku państwa minimum, zakończyło się państwo maksimum. Budujemy coś, co można określić mianem państwa optimum – mówi prof. Elżbieta Mączyńska, prezes Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego.

A przecież z takimi hasłami jeszcze kilka lat temu władzę przejmowała PO. Dziś, by ją utrzymać, dokonała „propaństwowego” zwrotu. Nie tylko ona zresztą. Żadne z głównych ugrupowań politycznych nie wysuwa haseł masowej prywatyzacji czy ostatecznego dobicia Lewiatana. – Politycy odeszli od podejścia: nieważne, czy kot jest czarny, czy biały, ważne, aby łapał myszy. Kolor kota zaczyna mieć dla nich znaczenie – mówi Roland Paszkiewicz z Centralnego Domu Maklerskiego Pekao SA.

Państwowa gospodarka rynkowa pokazuje rosnące wpływy przede wszystkim na rynku pracy i w gospodarce. W obu rola „centrali” w ciągu ostatnich kilku lat znacznie wzrosła. Ponownie jest cenionym żywicielem i pracodawcą.

Na państwowym

Pani Aleksandra ma gospodarstwo agroturystyczne na Podlasiu. Co prawda przepisała je na córkę, ale nadal prowadzi biznes, bo córka zbyt rzutka nie jest, a z gośćmi trzeba umieć sobie radzić. Urlopowiczów pełno, pokoje eleganckie, w każdym solidne holenderskie meble. Próbowała wziąć unijną dotację, ale poległa w starciu z biurokracją. Mimo tego nie narzeka – nie ma, odpukać, większych finansowych problemów. Ma za to dwa marzenia: dobrze wydać córkę za mąż i załatwić jej posadę w gminie lub w budowanym za unijne pieniądze ośrodku kultury. Wtedy będzie spokojna, żedziecko będzie miało zapewnioną przyszłość.

O dostaniu państwowej posady marzą setki tysięcy Polaków, którzy – zwłaszcza w czasach kryzysu – szukają stabilnego oraz dobrze płatnego zajęcia. Te marzenia rozbudziły zresztą działania rządzących. Współpracownicy premiera Donalda Tuska mówili, że nawet kosztem rosnącego deficytu nie można ograniczać budżetówki, bo negatywnie odbije się to na gospodarce. – Gdyby nie rosło zatrudnienie w sektorze publicznym, drastycznie wzrosłoby bezrobocie. To świadoma polityka kompensowania na kredyt strukturalnych braków gospodarki wolnorynkowej – mówi Krzysztof Bosz z Fundacji Republikańskiej, współautor „Mapy zatrudnienia w sektorze publicznym”.

Z danych GUS wynika, że przeciętne wynagrodzenie w sektorze publicznym jest wyższe niż w prywatnym: na koniec I półrocza pracownik budżetówki zarabiał średnio 4227 zł brutto, osoba zatrudniona w sektorze prywatnym – 3421 zł. To nie tylko kwestia pensji urzędników. W przemyśle różnica między przeciętną płacą wynosi aż 1400 zł na korzyść sektora publicznego. To średnia, ale mówi wiele o tym, dlaczego państwowe posady są tak bardzo pożądane zwłaszcza przez młodych ludzi, którzy karierę zawodową mają przed sobą. Zatrudnienie w administracji rośnie, choć GUS podaje, że na koniec 2012 r. mieliśmy ponad 430 tys. osób zatrudnionych w administracji publicznej, o ponad 10 tys. mniej niż dwa lata wcześniej. Jeśli odliczymy osoby zatrudnione przy pracach interwencyjnych i robotach publicznych, okazuje się, że wzrost zatrudnienia – choć niewielki – jest ciągły: z 414 tys. w 2010 r. do 418 tys. w zeszłym. I co ciekawe, w tym czasie skurczyła się o 3 tys. osób administracja centralna, a wzrosła samorządowa. I właśnie dla wielu młodych ludzi to jest zawodowy cel.

Oczywiście taka sytuacja ma też patologie. Bo posada „na państwowym” jest atrakcyjna nie tylko dla córki pani Aleksandry czy Krzysztofa. W partiach i wokół nich jest mnóstwo osób, które są gotowe zasiąść we władzach spółek kontrolowanych przez państwo – mogliśmy poznać ten proceder po ujawnieniu afery taśmowej w dolnośląskiej PO. Zjawisko obsadzania państwowych etatów „swoimi” jest powszechne. – To albo ludzie młodzi, którzy mają trudniej na rynku pracy, bo wykształcenie nie jest przewagą, a doświadczenia nie mają, albo osoby starsze, które szukają spokojnej przystani, w której mogą doczekać do emerytury – mówi osoba związana z PO, były pracownik administracji. Choć następuje także pozytywna zmiana. Ponieważ państwo staje się atrakcyjnym pracodawcą, coraz częściej zajęć w urzędach poszukują lepiej przygotowani kandydaci. Dobrzy jakościowo z doświadczeniem rynkowym, którzy nie chcą pracować w korporacjach – zauważa ta sama osoba.

Jak duże jest to „państwowe” na etacie? Odpowiedzieć nie jest łatwo, bo to zależy od kryteriów. Najłatwiej oszacować samą sferę budżetową. To nie tylko 400 tys. urzędników, lecz także prawie 200 tys. żołnierzy i policjantów, ponad 30 tys. strażaków, 10 tys. strażników miejskich i gminnych, ponad 600 tys. nauczycieli, 10 tys. sędziów i tylko nieco mniejsza liczba prokuratorów. GUS wylicza, że sfera budżetowa to ponad 1,6 mln osób. Ale do tego dochodzą jeszcze osoby zatrudnione w firmach Skarbu Państwa i tych kontrolowanych przez państwo, do tego należy doliczyć blisko 2,5 tys. spółek założonych przez samorządy. Razem ok. 3 tys. firm od zupełnie małych do gigantów jak KGHM. Gorzej jest z dokładnym wyliczeniem zatrudnienia – resort pracy niechętnie dzieli się danymi. Nie ma też dokładnych danych, ile osób pracuje w spółkach samorządowych. Można powołać się na ogólne dane GUS, który sumując osoby ze sfery budżetowej z pracownikami firm państwowych i kontrolowanych przez państwo, wyliczył zatrudnienie w sektorze publicznym na 3 mln osób. – Jeśli przyjmiemy, że te 3 mln są w wieku produkcyjnym i że połowa z nich ma dwójkę dzieci, łącznie liczbę osób zależnych od państwowych posad można wyliczyć na 8–9 mln – ocenia Krzysztof Brosz z Fundacji Republikańskiej.

Gospodarka na państwowym

Odradzanie się państwa dobrze widać również w gospodarce. To antykryzysowe interwencje, system realizacji strategicznych interesów i rozbudowa pozabudżetowego systemu zarabiania pieniędzy. Katalizatorami działań okazały się dwa procesy: kryzys i miliardy euro z Brukseli, które w momencie zapaści finansowej zaczęły płynąć do Polski.

Zwłaszcza euro doprowadziło do zwiększenia roli państwa w gospodarce, bo to ono odpowiada za zagospodarowanie tych środków. A teraz „centrala” stanie się jeszcze bardziej wpływowa, bo w kolejnej unijnej perspektywie budżetowej, obowiązującej do 2020 r., napłynie do nas ponad 70 mld euro. To ok. 40 mld zł rocznie – dla porównania wydatki na wojsko wynoszą ok. 30 mld zł, cały budżet NFZ ponad 60 mld zł. – Firmy wiedząc, że ich głównym zleceniodawcą mogą być agendy państwowe, będą musiały zaakceptować nowe reguły gry – zauważa Roland Paszkiewicz. Jakie? W rządzie już pojawił się pomysł, by jednym z kryteriów przetargowych była liczba osób zatrudnionych na etatach, które będą pracować przy realizacji zamówienia. Takie rozwiązanie, jeśli wejdzie w życie, z pewnością ucieszy pracowników, ale wielu pracodawców będzie musiało ponownie przyjrzeć się kosztom pracy. Unijne pieniądze przepuszczone przez machinę rządową i urzędniczą pokazały już swoje dobre i złe strony. Z jednej wytyczone przez państwo inwestycje są realizowane i przynoszą korzyści. To nie tylko drogi i kolej, lecz także sieć gazowa, dzięki której mamy skorzystać z liberalizacji rynku gazowego. Z drugiej – byliśmy świadkami zapaści drogowych firm budowlanych, które ścigając się za środki z Brukseli, składały nierealistycznie tanie oferty.

Interwencja w gospodarkę w celu złagodzenia kryzysu to kolejny mechanizm zwiększenia roli państwa. Na początku taką rolę spełniały właśnie unijne pieniądze. Ale efekt interwencji był większy niż same sumy przysyłane przez Brukselę, bo warunkiem ich wykorzystania był wkład własny. To skutkowało zadłużaniem się budżetu i samorządów, ale cel został osiągnięty – recesji nie było. Ale nie skończyło się tylko na interwencji opartej na euro. Przy kolejnej fali spowolnienia rząd postanowił wprowadzić nowe instrumenty. To m.in. program de minimis – gwarancja kredytowa dla małych i średnich firm, która ma być dla nich kroplówką w okresie spowolnienia. Choć program ruszył w tym roku, skorzystało już z niego 27 tys. przedsiębiorców, którzy wzięli pożyczki na 9 mld zł. To około 0,5 proc PKB wykreowane w prywatnej gospodarce z państwowych pieniędzy.

Kolejnym narzędziem wpływu państwa na gospodarkę jest Program Inwestycje Polskie, który tworzą Bank Gospodarstwa Krajowego i spółka Polskie Inwestycje Rozwojowe (PIR). Bank ma to robić za pomocą preferencyjnych gwarancji i kredytów, spółka – wchodząc w poszczególne projekty jako inwestor. To rozwiązanie ma jeszcze jedną zaletę: choć jest to twór powołany przez państwo i realizuje jego interesy, zadłuża się na własny rachunek. A to pozwala ominąć ograniczenia wynikające z budżetu, takie jak limity długu czy deficytu. Po prostu firma zadłuża się na własny rachunek, nie powiększając wyniku całego sektora finansów publicznych. Czyli choć zwiększa się rola państwa, nie widać tego w statystyce.

Spółka Polskie Inwestycje Rozwojowe ma być przede wszystkim narzędziem realizowania polityki gospodarczej w strategicznych branżach, jak energetyczna czy surowcowa. – Sektor bankowy z dystansem podchodzi do inwestycji długoterminowych, więc PIR jest pomyślany jako wehikuł, który ma naprawić zawodne rozwiązania rynku – mówi dr Jakub Borowski.

Ten projekt jest owocem zmiany politycznego myślenia i spostrzeżenia, że kapitał ma narodowość. Zachowanie zagranicznych banków w Polsce i zamrożenie akcji kredytowej uświadomiło rządzącym, że państwo musi mieć możliwość reakcji, stąd m.in. pomysły odkupienia banków. Jak np. z WBK – w 2010 r. nie udało się z powodu krytyki tej decyzji przez sporą część ekonomistów, którzy określali takie posunięcie jako powrót państwa. Bank przejęli w końcu Hiszpanie i zrobili świetny interes. Jego wartość w tym czasie wzrosła blisko dwukrotnie. Jednak kryzys w końcu okazał się lekcją dla wszystkich. Dlatego w tym roku, gdy PKO BP sięgnął po Nordeę, większych obiekcji już nie było.

Z czasem nastąpił wysyp takich pomysłów, np. próba fuzji energetycznych gigantów PGE i Energi czy budowania łupkowego lub atomowego sojuszu polskich firm. Dzięki takim działaniom państwo ma być głównym lub jednym z głównych graczy na rynku. Po to, by uniezależnić strategiczne dla państwa projekty od zagranicznych gigantów lub by zyskać możliwości ich realizacji. Takie myślenie ma swoje wady i zalety. Na przykład jego efektem jest kurczowe wspieranie publicznymi pieniędzmi LOT-u. Państwo dotuje firmę, bo po upadku narodowego przewoźnika lotnisku Okęcie grozi marginalizacja.

Wreszcie trzecie miejsce rosnącej roli państwa: zarabianie dodatkowych pieniędzy. Prawdopodobnie najbardziej zyskownym fragmentem polskich autostrad będzie odcinek A1 łączący Łódź ze Śląskiem. Jednak państwo nie chce budować go za unijne pieniądze, bo wówczas opłaty nie mogłyby zawierać zysku. Gdyby ta autostrada powstała także przy udziale euro z Brukseli, to opłaty mogłyby pozwalać jedynie na zwrot inwestycji i pokrycie kosztów utrzymania oraz remontów. Tak jest na odcinkach budowanych przez Generalną Dyrekcję Dróg Krajowych i Autostrad, np. A2 Konin – Stryków, i będzie na odcinku Łódź – Warszawa, gdy zostanie oddany jako autostrada. By zarabiać na A1, przy użyciu PIR zostanie powołana specjalna spółka celowa, która przeprowadzi inwestycję.

Podobne myślenie widać w przypadku postępowania państwa z dużymi firmami: zyski z dywidend są cenniejsze od jednorazowych wpływów z prywatyzacji. – Nic nie stoi na przeszkodzie, by sprzedać KGHM, jednak właśnie z uwagi na zyski, jakie przynosi koncern, państwo się go nie pozbędzie. KGHM to dywidenda, jaką Skarb Państwa będzie co roku od niej otrzymywał – mówi Jakub Borowski. Podobnie rząd traktuje PZU – gdy zawarto ugodę z Eureko, nikt nie myślał o ponownej sprzedaży krajowego giganta ubezpieczeniowego. Bo firma ma zarabiać dla państwowego właściciela. W tym roku Skarb Państwa został zasilony dywidendami płynącymi z należących lub kontrolowanych przez niego spółek na sumę 6,4 mld zł, podczas gdy z prywatyzacji trafiło do niego tylko 2,2 mld zł.

Bilans państwowej gospodarki rynkowej

Zmiany, jakie zaszły w ostatnich latach, pokazują, że od państwowej gospodarki rynkowej nie ma odwrotu. To przede wszystkim zmiana jakościowa. Zmiana w myśleniu politycznych i eksperckich elit i w tworzeniu odpowiednich do tego narządzi polityki gospodarczej. Bo jeśli chodzi o udział wydatków publicznych w PKB, to paradoksalnie spadły one z 45 proc. PKB w kryzysowym 2010 r. do 42,5 proc. PKB w tym roku.

Jednak z tym systemem wiążą się trzy zagrożenia.

Po pierwsze – polityczne motywacje uderzą w gospodarkę. Zawsze może dojść do kolizji politycznych strategii gospodarczych z działaniami poszczególnych firm. – Działania dotyczące dokapitalizowania PIR i BGK prowadzą do zbudowania tworu zależnego od polityków. Zamiast odpolityczniać gospodarkę przez prywatyzację, konserwuje się takie zależności, a efektywność programu będzie umiarkowana – przekonuje Wiktor Wojciechowski, główny ekonomista Plus Banku. Zarządy mają dbać o wynik spółki, a inwestycje forsowane przez właściciela, czyli państwo, będą miały na niego wpływ. Tak było choćby w przypadku rozbudowy Elektrowni Opole przez PGE – dotychczasowy prezes firmy Krzysztof Kilian kwestionował sensowność tej inwestycji. Pat nie mógł trwać, więc Kilian został zmuszony do ustąpienia. Do takiego konfliktu może dojść w kwestii budowy elektrowni jądrowej czy poszukiwania łupków. Oba projekty są niezwykle kosztowne, więc politycy będą musieli dokonać wyboru.

Po drugie – państwo zacznie wypierać kapitał prywatny. Jeśli inwestycje prowadzone przez PIR okażą się sukcesem, politycy mogą nabrać chęci na więcej. Inwestycje państwowe mogą się stać wówczas poważną konkurencją dla prywatnego sektora gospodarki, odbierając mu najbardziej dochodowe projekty.

Po trzecie – zagrożenie patologiami. – Możemy się teraz śmiać, że KGHM jest spółką córką lokalnej Platformy. Ale nie mam wątpliwości, że to praktyka nie tylko obecnie rządzących. Jeśli ktoś może pomóc Staszkowi, bo ten chce się sprawdzić w biznesie, pomoże (słowami „Staszek chciał się sprawdzić w biznesie” tłumaczono mianowanie polityka PSL Stanisława Dobrzańskiego na stanowisko szefa Polskich Sieci Elektroenergetycznych – aut.) – mówi Paszkiewicz.

Nie ma mowy o podążaniu w kierunku państwa minimum, zakończyło się państwo maksimum. Budujemy coś, co można określić mianem państwa optimum – mówi prof. Elżbieta Mączyńska, prezes PTE

Współpraca Jakub Kapiszewski