14 czerwca protest ma objąć cały kraj, a postulaty kierowane są już do rządu, a nawet Brukseli. „Solidarność” rolników indywidualnych, która ma być jego organizatorem, ma nadzieję, że w obronie polskiej ziemi przed zagranicznymi nabywcami zmobilizuje wielu patriotów.

Pod nośnym hasłem kryje się jednak także, a może nawet przede wszystkim, chęć obrony obecnych przywilejów bogatych rolników (płacenie przez największe gospodarstwa ciągle niewspółmiernie niskich składek na KRUS, a także niepłacenie przez nie podatku dochodowego). Protestującym nie podoba się też to, że w całej Unii dopłaty obszarowe do największych gospodarstw mają być nieco obniżane (o niecałe 5 proc.). Polska postulat popierała m.in. po to, by największa część środków w ramach Wspólnej Polityki Rolnej nie płynęła do latyfundystów, na przykład brytyjskiej rodziny królewskiej. A tak właśnie dzieje się obecnie. Widać jednak, że uderza on także w interesy protestujących.

Nie sądzę, by biedniejący Polacy pracujący poza rolnictwem albo bezskutecznie jakiejkolwiek pracy poszukujący poderwali się do protestu w obronie przywilejów podatkowych dla bogatych rolników. Nie ma powodów, by wielkie, nowoczesne gospodarstwa rolne były ciągle traktowane inaczej niż inne przedsiębiorstwa. Nie sądzę też, że najwięksi posiadacze rolni nie zwiążą końca z końcem, jeśli dopłaty powyżej 5 tys. euro zostaną symbolicznie zmniejszone. Protestujący zdają sobie z tego sprawę. Dlatego na sztandarach umieścili walkę ze „słupami”. To hasło o wiele bardziej nośne.

Od 2003 r. grunty rolne z zasobów Agencji Nieruchomości Rolnych mogą kupować wyłącznie rolnicy. Żeby stanąć do przetargu, muszą być zameldowani w gminie, w której grunty są oferowane, albo w jej bezpośrednim sąsiedztwie. Muszą także wylegitymować się zaświadczeniem od wójta, że osobiście prowadzą tam działalność rolniczą. Ale jednocześnie nie mogą mieć więcej niż 300 hektarów. Polak nierolnik tych warunków nie spełnia, ziemi więc nie kupi. Polska ziemia nie jest dla Polaków, tylko dla chłopów. „Słupami”, z którymi tak walczą protestujący, mogą więc być tylko ich sąsiedzi. Rolnicy. W dodatku jeszcze tej polskiej ziemi nikomu nie sprzedali, dopiero, ewentualnie, mają taki zamiar.

Cudzoziemiec naszą ziemię może kupić raczej teoretycznie – jeśli dostanie zgodę dwóch ministerstw: spraw wewnętrznych oraz rolnictwa. I jeśli jest rolnikiem zameldowanym w gminie, w której agencja sprzedaje grunty. Ilu Niemców czy Holendrów przemelduje się i przeprowadzi na polską wieś, żeby wykupić kawałek polskiej ziemi? Której przecież stąd nie wywiozą. Na razie przez 20 lat swojej działalności ANR sprzedała cudzoziemcom 1820 ha. Mniej niż 0,1 proc. wszystkich sprzedanych gruntów. Więcej za to wydzierżawiła – zagraniczni dzierżawcy uprawiają w Polsce 97 tys. ha. Wszystkich gruntów rolnych mamy 18 mln ha.

I po 2016 r. to się nie zmieni, choć 1 maja kończy się okres ochronny, który wynegocjowaliśmy. Po prostu grunty rolne obywatele innych krajów Unii będą mogli w Polsce kupować na takich samych zasadach jak Polacy. A my nie możemy, jeśli nie jesteśmy rolnikami z danej gminy. O wolnym rynku ziemi nie ma mowy. Strach, że nas obcy wykupią, ma wielkie oczy.

Z czego więc wynikają te protesty? Z tego, że tylko do końca tego roku rolnicy mogą kupować ziemię państwową z tak wielką jak obecnie pomocą państwa. Płacąc zaledwie 10 proc. wylicytowanej ceny. Resztę spłacają przez następne 15 lat, a należność jest oprocentowana symbolicznie – zaledwie 2 proc. rocznie. Dług spłaci się sam dzięki dopłatom. Chętnych na grunty jest więc wielu, nie ma lepszej lokaty kapitału. W 1992 r. hektar ziemi kupowało się przeciętnie za 1190 zł, teraz średnia cena w agencji wynosi 19,4 tys. zł, a na wolnym rynku – 25 tys. I będzie rosła. Na terenach byłej NRD za hektar płaci się 8,8 tys. euro, w Holandii 48 tys. euro. Protestujący, jako czynnik społeczny wskazany przez miejscową izbę rolniczą, mogą unieważnić każdy przetarg. W woj. zachodniopomorskim od grudnia unieważnili już 40. Ponoć zgłosiły się „słupy”.

Jako „słupy” wskazano np. rolników, którzy wcześniej kupili od agencji ziemię i – żeby nie przekroczyć granicy 300 ha – wprowadzili ją aportem do spółki (spółki mogą mieć 500 ha). Prowadzącej legalną działalność rolniczą. Zgodnie z prawem. Więc teraz te „słupy” ruszają z pozwami do sądów. Niewykluczone, że państwo z naszych kieszeni będzie im musiało wypłacić odszkodowanie.

Wnoszenie ziemi aportem do spółek można nazwać obchodzeniem prawa. A kupowanie przez protestujących ziemi na synów, córki, wnuki i teściowe?

Państwowa ziemia rolna będzie tania jeszcze tylko do końca roku. Chętnych jest wielu, walczą o swoje