Między bankami centralnymi w Warszawie i Frankfurcie jest jednak wielka różnica: u nas główna stopa procentowa wciąż przekracza 3 proc., więc jest co obniżać. EBC ma teraz swoją podstawową stopę na wysokości 0,5 proc., więc pole do obniżek nie jest już takie duże. Dlatego tam zaczynają kombinować, jak może wyglądać polityka pieniężna w warunkach nadzwyczajnych. Jedna z możliwości to ujemne stopy procentowe.

O takiej opcji mówił już prezes EBC Mario Draghi. Odnosił się do stawki obowiązującej przy przyjmowaniu depozytów od banków komercyjnych. Dziś wynosi ona 0 (słownie: zero) procent. Niewykluczone, że za jakiś czas banki komercyjne, które zechcą oddać EBC pieniądze na przechowanie, będą musiały za to zapłacić. Chętnych nie zabraknie, bo nie ma bezpieczniejszej lokaty niż ta w banku centralnym.

EBC nie byłby pierwszym bankiem, który zdecydowałby się na taki krok. Od blisko roku ujemną stopę depozytową utrzymuje na przykład bank centralny Danii. Skutki? Bez obawy. Oprocentowanie lokat klientów banków poniżej zera nie spada, chociaż średnia w okolicach 1 proc. wielkiej ekscytacji nie budzi.

Jeśli bliskie zera, a być może nawet ujemne stopy procentowe nie pomogą ożywić gospodarki, europejscy bankierzy centralni będą musieli zaryzykować jeszcze bardziej. Trzeba będzie zdecydować się na kolejną rundę tzw. ilościowego luzowania polityki pieniężnej (czytaj: drukowania pieniądza). Do takich działań przyzwyczaiła nas już amerykańska Rezerwa Federalna. Ostatnio na taki krok zdecydował się Bank Japonii. Jeśli nie doczekamy się kolejnych, to chyba tylko dlatego że są zbyt małe, by liczyć na wymierne efekty takiej akcji.

My w tej sytuacji powinniśmy się cieszyć, że wciąż należymy do krajów, których banki centralne mogą prowadzić normalną politykę pieniężną. Jak Bank Australii, który nie dalej jak wczoraj obniżył swoją główną stopę do – oczywiście rekordowo niskiego poziomu 2,75 proc.