Mam wrażenie, że polscy producenci żywności muszą reagować podobnie na doniesienia z innych krajów, w których konsumenci się wściekają, że produkty wołowe „uzupełniane” są koniną. W końcu w kraju nikt od nich nie wymaga, aby skład podany na etykiecie był zgodny z rzeczywistą zawartością produktu. Jednak kupujący w innych krajach są przyzwyczajeni do innych standardów, więc także tamtejsze sieci detaliczne zwracają większą uwagę na skład. Stąd żądania badań DNA, które mają potwierdzać komponenty produktów, oraz rezygnacja ze współpracy z firmami, które nie dają gwarancji jakości.

To, że te zwyczaje przejmują sieci handlowe działające w Polsce, uważam za fakt pozytywny dla konsumentów. Czas, aby wreszcie ktoś zajął się fatalnym postrzeganiem polskiej żywności zarówno za granicą, jak i w kraju. Przydałoby się, aby resort rolnictwa i podległe mu służby odeszły od dotychczasowej polityki milczenia o problemach tudzież wiecznego zaprzeczania, kiedy coś tam wyjdzie na jaw, i postawiły na jakość. W innym wypadku bowiem wzrost eksportu polskiej żywności może zostać zahamowany, a na dodatek nasze produkty zyskają marną opinię. To zaś, jak trudno zmienić opinię o produktach z danego kraju, widać po tym, ile Chińczycy wydają, aby ich wytwory były postrzegane jako solidne i nowoczesne.