"Nie jesteśmy w scenariuszu szybkiej integracji politycznej. Obawiam się, że ten kryzys nie wystarczy, by dać unii walutowej instrumenty, których potrzebuje. Trzeba pewnie jeszcze jednego kryzysu za kilka lat, mam nadzieję mniej poważnego, który wykaże, że to, co zrobiliśmy, było niewystarczające" - mówi w rozmowie z PAP niemiecki ekspert z paryskiego think tanku ECFR Thomas Klau.

Historia kryzysu eurolandu ostatnich trzech lat pokazuje, że przywódcy są zdolni do szybkich i daleko idących decyzji, ale tylko, gdy działają pod silną presją rynków. Tymczasem w ostatnich miesiącach ta presja zmalała, bo spokój zapewnił prezes Europejskiego Banku Centralnego Mario Draghi, ogłaszając we wrześniu plan nieograniczonego skupowania na masową skalę na rynku wtórnym obligacji państw borykających się z rosnącymi kosztami obsługi długu. Sama zapowiedź tego instrumentu sprawiła, że nie jest potrzebne jego użycie.

Tymczasem raptem w czerwcu, gdy rekordowe koszty obsługi długu Hiszpanii i Włoch groziły upadkowi już całego eurolandu, przywódcy zdecydowali się ambitnie zacieśniać integrację. "Była tak ekstremalna presja rynków, że skok w integrację miał być skokiem, by przeżyć. Przywódcy byli nawet gotowi porzucić suwerenność, by przetrwać" - mówi PAP prof. Xavier Delcourt z Uniwersytetu Roberta Schumana w Strasburgu. Rozpoczęły się głośne dyskusje, które rok temu toczyły się tylko w kołach akademickich: o utworzeniu budżetu czy ministerstwa finansów eurolandu, czyli prawdziwych federalnych emblematów unii walutowej.

Od czasu jednak, kiedy Draghi ogłosił swój plan, presja zmalała na tyle, że istnienie eurolandu nie jest już zagrożone - przyznają ekonomiści. "Decyzja EBC była niezbędna, bo obniżyła niebezpieczeństwo niszczącej spirali eurolandu. Ale to spowodowało, że spadła presja na rynki, by zrobić wielki krok ku integracji" - przyznaje Klau. "Draghi zatrzymał kryzys tylko krótkoterminowo" - ostrzega lider liberałów w Parlamencie Europejskim Guy Verhofstadt. Także inni eksperci przestrzegają, że kryzys się nie skończył; problemy mogą się pojawiać m.in. w związku z Cyprem, Słowenią czy niepewnościami co do nowego rządu we Włoszech.

"Wciąż daleko do stworzenia struktur politycznych i gospodarczych strefy euro, które zapewnią jej stabilność długoterminowo"- mówi Klau.

Na szczycie w grudniu przywódcy skorzystali z braku pilności i uniknęli decyzji, które pozbawiłyby ich suwerenności. Pchnęli do przodu unię bankową, ale niemal do kosza wyrzucili przygotowane przez przewodniczącego Rady Europejskiej Hermana Van Rompuya i szefa Komisji Europejskiej Jose Barroso długofalowe plany, z rozpisanymi na poszczególne lata etapami integracji politycznej i fiskalnej. W przyjętych wnioskach ze szczytu przywódcy ograniczyli się do kroków na najbliższe dwa lata. A z powodu silnego sprzeciwu Niemiec, Finlandii i Holandii z dokumenty wypadły jakiekolwiek zapisy o własnym budżecie jako stałymo (także w czasach pozakryzysowych) instrumencie stabilizacyjnym w eurolandzie.

Kroczkiem przy tych planach jest wymagający dalszej analizy pomysł stworzenia "funduszy solidarnościowych" jako marchewki dla państw, które w specjalnych kontraktach z Brukselą zobowiążą się do reform. Chodzi o wsparcie finansowe ukierunkowane i ograniczone czasowo.

Ogromne znaczenie ma natomiast decyzja o ustanowienia przy EBC wspólnego mechanizmu nadzoru, który umożliwi w przyszłości bezpośrednią rekapitalizację banków z funduszu ratunkowego eurolandu EMS. Przywódcy rozpoczęli też prace nad kolejnym etapem unii bankowej czyli wspólnym systemem upadłości banków (resolution mechanism). To oznacza, że na poziom europejski przeniesione zostaną decyzje o pozwoleniu na upadek banku, nadzorowanym przez EBC, co będzie oznaczać straty dla właścicieli banków i wierzycieli.