Poza główną spółką, która ma pozyskiwać pieniądze i finansować inwestycje, program zakłada powstawanie dalszych spółek celowych. Te zaś wraz z uczestniczącymi w programie prywatnymi przedsiębiorstwami będą mogły liczyć na kredyty i poręczenia z Banku Gospodarstwa Krajowego.

Prawnicy ostrzegają, że taka konstrukcja finansowa może zostać uznana za pomoc publiczną w rozumieniu przepisów unijnych. To zaś oznacza, że każdorazowo wymagałaby akceptacji Komisji Europejskiej.

– O pomocy publicznej możemy mówić, gdy jest ona udzielana przez państwo lub z jego zasobów przedsiębiorcom. Musi to jednocześnie prowadzić do uprzywilejowania niektórych z nich i wiązać się z zakłóceniem lub samą groźbą zakłócenia konkurencji. Ostatni wymagany element to wpływ na wymianę handlową wewnątrz UE – wyjaśnia Beata Łączyńska, radca prawny z kancelarii Siwek Gaczyński & Partners.

– Rządowy pomysł może spełniać wszystkie te przesłanki. Warto pamiętać, że za przedsiębiorcę jest uznawany każdy podmiot, który prowadzi działalność gospodarczą, bez względu na jego formę organizacyjną. Sam transfer środków publicznych może zaś wystąpić nie tylko przy udzieleniu bezpośrednich dotacji, lecz także kredytu na preferencyjnych warunkach czy poręczenia – wyjaśnia.

Dopóki nie zostanie stworzony model prawny, trudno przesądzać, jak duże jest ryzyko.

– Rząd powinien je jednak wziąć pod uwagę, by uniknąć takiej sytuacji, z jaką przed laty musieli borykać się Niemcy. Po upadku muru berlińskiego wdrożyli pewien mechanizm wsparcia gospodarki i potem przez kilka lat tłumaczyli przed KE, że nie była to pomoc publiczna – mówi dr Włodzimierz Dzierżanowski, prezes Grupy Doradczej Sienna.

– Ostatecznie wybronili się tym, że finansowanie dotyczyło zadań publicznych. Podobnego argumentu mogłyby użyć polskie władze, gdyby spółki celowe rzeczywiście zajmowały się wyłącznie zadaniami publicznymi – dodaje.

O opinię poprosiliśmy też Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów. Kilkakrotnie ostrzegał on rząd, że przygotowywane regulacje prawne mogą zostać uznane za pomoc publiczną (np. przy specustawie ministra transportu o pomocy dla podwykonawców).

– Trudno zająć konkretne stanowisko w tej sprawie, ponieważ z informacji, które mamy, wynika, że tworzona jest dopiero koncepcja programu – odpowiedziała Agnieszka Majchrzak z biura prasowego UOKiK.

Uznanie elementów programu Inwestycje Polskie za pomoc publiczną oznaczałoby konieczność uzyskania zgody KE. Gdyby rząd zaniechał wymaganej procedury, skutki mogłyby być dalekosiężne.

– Bruksela mogłaby nakazać natychmiastowe zaprzestanie udzielania wsparcia, a także wydać nakaz tymczasowego odzyskania udzielonej pomocy, co oznaczałoby poważne skutki finansowe po stronie państwa i prywatnych inwestorów oraz paraliż programu Inwestycje Polskie – ostrzega Agata Kulik, aplikant adwokacki z kancelarii Siwek Gaczyński & Partners.