Ratyfikacji paktu sprzeciwia się PiS. Z kolei dla rządu przyjęcie umowy to element strategii trzymania dystansu wobec strefy euro, która tkwi w kryzysie i podlega gwałtownym zmianom. W założeniu rządu obecnie członkostwo Polski w strefie nie jest ani realne, ani opłacalne. Ale udział w inicjatywach takich jak pakt fiskalny czy negocjowana obecnie unia bankowa ma nie dopuścić do sytuacji, w której Warszawa pozostaje na marginesie dyskusji o kształcie unii walutowej.

– Prędzej czy później do strefy euro wejdziemy. Ratyfikacja paktu to element strategii trzymania nogi w drzwiach, by się nie zatrzasnęły, a pociąg nie odjechał – mówi szef sejmowej komisji finansów publicznych Dariusz Rosati.

Rząd traktuje pakt fiskalny jak poczekalnię, w której chce przeczekać najbardziej burzliwy okres dla strefy. Ten okres jest również kosztowny, bo kraje członkowskie muszą łożyć na potencjalnych bankrutów takich jak Grecja czy Hiszpania. Dla Słowenii i Słowacji oznacza to ujemny bilans w stosunku do tego, co otrzymały z budżetu UE.

Zdaniem PiS Polska powinna porzucić pakt. – Jesteśmy mu przeciwni, bo jest dla nas niekorzystny. Wiąże się z obowiązkami bez praw. Płacimy kwestiami suwerennościowymi, by przysłuchiwać się obradom państw strefy euro – mówi poseł PiS Krzysztof Szczerski.

Rząd kwestionuje taki argument. Dla państw strefy euro pakt jest obowiązkowy, natomiast pozostałe kraje mogą do niego przystąpić dobrowolnie, jednak zakres, w jakim pakt je obowiązuje, zależy od nich samych, dopóki nie wprowadzą wspólnej waluty. Rząd najbardziej dotkliwe reguły paktu zamierza przyjąć, gdy już wejdziemy do strefy euro.

Samej daty przyjęcia euro nikt już nie precyzuje. Były pełnomocnik rządu do spraw wspólnej waluty, obecnie główny ekonomista resortu finansów Ludwik Kotecki mówi, że od momentu decyzji o wejściu do momentu wprowadzenia wspólnej waluty – o ile w trakcie zostaną spełnione warunki – mija od 2,5 roku do 3 lat. To technicznie najkrótszy możliwy okres przygotowania do przystąpienia. – Obecnie jest za wcześnie, by ustalać datę wprowadzenia euro w Polsce. Strefa wspólnej waluty jest w głębokiej wewnętrznej transformacji i osiągania stabilizacji. Dopóki te dwa procesy się nie zakończą, nie jest możliwe odpowiedzialne określenie takiej daty – mówi Kotecki. – Mam nadzieję, że te zmiany zakończą się w ciągu kilku lat – dodaje. Szef sejmowej komisji finansów Dariusz Rosati jako najwcześniejsze możliwe wymienia daty 2016–2017. Nieoficjalnie politycy PO jako realną datę przystąpienia do strefy wskazują koniec tej dekady. Przemawiają za tym następujące argumenty: możliwość wyjaśnienia sytuacji w strefie i fakt, że w 2020 roku kończy się kolejna perspektywa budżetowa UE (ostatnia, w której będziemy beneficjentem).

By przyjąć euro, musimy spełnić kryteria ekonomiczne i polityczne. Osiągnięcie politycznej zgody będzie najtrudniejsze. – Po pierwsze opór społeczny wobec wejścia do strefy euro znacząco wzrósł w czasie kryzysu. Po drugie kompromis jest niezbędny do zmiany konstytucji – mówi dr Jakub Borowski, główny ekonomista Kredyt Banku. Jego osiągnięcie dziś wydaje się niemożliwe. – To Polska jest biegunem rozwoju, a nie strefa euro. I to Polska powinna za wejście do strefy coś zyskać – uważa poseł Szczerski. – Strefa euro dziś jest inna niż w roku 2004 (gdy przystępowaliśmy do UE). Polacy na wprowadzenie wspólnej waluty jeszcze raz muszą wyrazić zgodę w referendum – dodaje.

Głównym celem paktu, który będzie przedmiotem ratyfikacji, jest uzdrowienie finansów publicznych państw strefy euro. Ma też umożliwić zaostrzenie kontroli UE nad nimi. Uczestnicy paktu ze strefy euro będą musieli np. wprowadzić regułę wydatkową utrzymującą deficyt strukturalny na poziomie 0,5 proc PKB. Do tego dochodzą ostrzejsze sankcje za łamanie dyscypliny finansowej; między innymi grzywny i kary do 0,1 proc. PKB danego kraju, które ma nakładać Trybunał Sprawiedliwości UE. Pakt powiela jako cele utrzymanie deficytu sektora finansów publicznych poniżej progu 3 proc. PKB i długu poniżej 60 proc. PKB. A to warunki, które musimy spełnić, by wejść do strefy euro.

Polityka rządu to trzymanie nogi w unijnych drzwiach i czekanie

Nie ma chętnych na euro. Poza Łotwą

Większość państw Europy Środkowej zachowuje dużą wstrzemięźliwość w kwestii wejścia do strefy euro. Wyjątkiem pozostaje Łotwa, która zamierza przyjąć wspólną walutę w 2014 r. Bank Łotwy zaprezentował już nawet wzory monet. Aby osiągnąć ten cel, Ryga powinna jeszcze obniżyć deficyt budżetowy i zbić inflację. Nieco mniejszy entuzjazm wykazują Litwini. Do niedawna Wilno zamierzało starać się o rezygnację z lita w 2014 r. Latem premier Andrius Kubilius oświadczył jednak, że najpierw wolałby zobaczyć stabilniejszą sytuację w samym Eurolandzie.

Akcesja republik bałtyckich byłaby w zasadzie formalnością. Z jednej strony zarówno lit, jak i łat, i tak są od lat sztywno powiązane z euro, a zatem do zmiany waluty wystarczy praktycznie wymienić banknoty. Po drugie zaś na Rygę i Wilno działa przykład Estonii, która z sukcesem i bez większych perturbacji wprowadziła wspólną walutę w 2011 r.

Z deklaracji o wejściu do strefy euro wycofali się tymczasem Rumuni. W weekend bank centralny (BNR) ogłosił, że 2015 r. jako data zamiany leja na euro jest już nieaktualny. – To wykluczone – oświadczył szef BNR Mugur Isarescu. Wczoraj do tej deklaracji przyłączył się premier Victor Ponta. Rumuńska gospodarka i finanse publiczne znajdują się w złym stanie. Choć Rumunia w tym lub w przyszłym roku zbije deficyt budżetowy poniżej dozwolonych 3 proc. PKB, problemem pozostaje wysoka inflacja. Bukareszt wyciągnął też wnioski z problemów Grecji i Hiszpanii, które w walce z kryzysem nie mogły posłużyć się instrumentami polityki monetarnej.

O 2015 r. mówili pierwotnie także Bułgarzy. – Najpierw zobaczymy, w którą stronę pójdzie unia fiskalna. Przede wszystkim sprzeciwiamy się pomysłowi harmonizacji podatków. Nasz 10-proc. CIT powinniśmy utrzymać jeszcze przez 10–15 lat, by przyciągnąć inwestycje – powiedział jednak przed tygodniem minister finansów Simeon Djankow austriackiemu „Kurierowi”. Polityk jest autorem bułgarskich reform, dzięki którym Sofia pozostaje jedyną stolicą regionu spełniającą wszystkie kryteria członkowstwa w Eurolandzie (poza uczestnictwem w systemie ERM II).

O przyjęciu euro nie chcą słyszeć Czesi i Węgrzy. Praga wstępnie ustaliła datę referendum akcesyjnego dopiero na 2020 r. Viktor Orban nie czuje się zaś zobligowany do przyjęcia euro. – Gdy podpisywaliśmy traktat akcesyjny, strefa euro wyglądała zupełnie inaczej. Dzisiaj przyjęcie euro byłoby nieodpowiedzialne. Nie należy tego już traktować w kategorii obowiązku – mówił Viktor Orban miesiąc temu w rozmowie z „Handelsblattem”.

Michał Potocki