Ta nakłada na społeczeństwo niemożliwe do udźwignięcia ciężary, więc wybucha nowa demokratyczna rewolta. Cykl zaczyna się od nowa.

Podobną cykliczność można zaobserwować we współczesnej polityce gospodarczej. Zaczynamy od ekspansji gospodarczej uważanej za żywioł, która prędzej czy później wymknie się spod kontroli. Czasami jest to zagrożenie inflacją albo alarm związany z deficytem budżetowym lub wzrostem akcji kredytowej, czasami niepokój budzi kurs walutowy. Często jest to połączenie wszystkich tych czynników.

Drugą fazą jest fiskalne lub finansowe zaciskanie pasa. Często przynosi ona rozczarowanie, ponieważ negatywne skutki dla produkcji i zatrudnienia pojawiają się znacznie wcześniej, niż finansowe zmienne zdołają się ustabilizować. W najgorszym przypadku spowolnienie aktywności gospodarczej i zatrudnienia może czasowo pogłębić deficyt budżetowy. Pojawiają się apele ze strony organizacji biznesowych, partii opozycyjnych, a nawet politycznych sojuszników, by skupić się na wzroście. Szefowie rządów idą więc do ministrów finansów, by coś z tym zrobili: w praktyce oznacza to stymulowanie popytu przez zwiększanie deficytu fiskalnego. Przykłady to chociażby gwarancje dla niektórych inwestycji lub kredytów bankowych. Ta sztuczka może się jednak nie udać, jeżeli brakuje dynamicznego popytu konsumenckiego. Początkowo ukradkiem, a potem coraz bardziej otwarcie, fiskalny pas jest coraz bardziej rozluźniany, popyt konsumencki rośnie i mamy następny boom.

Co oznacza skupienie się się na wzroście? Ekonomista Peter Jay dokonał niegdyś rozróżnienia między wzrostem 1 a wzrostem 2. Wzrost 1 to redukcja różnicy pomiędzy rzeczywistą stopą zatrudnienia a wykorzystaniem mocy produkcyjnych. Jego zwolennicy opowiadają się za stymulowaniem popytu, najczęściej metodami monetarnymi i fiskalnymi.

Wzrost 2 to koncepcja długoterminowa. Kiedy gospodarka zbliża się do poziomu pełnego zatrudnienia, na ile ważne jest utrzymanie trendu wzrostowego? Nawet dla ekonomistów uzależnionych od wzrostu ma znaczenie produkcja na głowę mieszkańca. Wzrost PBK, który odzwierciedla jedynie wzrost populacji, trudno uznać za cel polityczny. Najgorszym argumentem za liberalną polityką imigracyjną jest to, że zwiększy ona łączny PKB kraju. Poza tym opinie są podzielone. Wzrost PKB na głowę mieszkańca jest desperacko potrzebny prawie połowie populacji globu, która żyje na granicy ubóstwa. Dla reszty bardziej sensowne byłoby uwzględnienie czynnika wypoczynku, na przykład poprzez szacowanie PKB na godzinę, który jest zbyt rzadko wykorzystywany w statystykach.

Mamy prawo do swoich opinii w kwestii tego, jak dobrze lub źle obywatele wykorzystują swoje dochody i czas wolny. Jednocześnie pozwólmy rządowi koncentrować się na zapewnieniu warunków sprzyjających niemal pełnemu zatrudnieniu bez pobudzania inflacji i usuwaniu przeszkód na poziomie mikro. Niech stopa wzrostu rośnie jako uboczny produkt aktywności poszczególnych obywateli, którzy nawet nie muszą znać cytatów z Arystotelesa o dobrym życiu.