Mimo obaw o los strefy euro polskie obligacje są poszukiwane przez inwestorów, co pokazał wczorajszy przetarg. Resort finansów sprzedał pięcioletnie papiery za 4,2 mld zł. Popyt na nie wyniósł ponad 7 mld zł i dwukrotnie przekroczył podaż planowaną na 3,5 mld zł. Średnia rentowność wyniosła 5,04.

– Sądzę, że resort finansów nie spodziewał się takiego popytu, dlatego ograniczył pulę. A inwestorzy postanowili skorzystać z okazji. Jeszcze dwa tygodnie temu nasze pięciolatki miały rentowność 4,78 proc. – komentuje Arkadiusz Urbański, ekonomista Pekao.

Ekonomiści podkreślają, że dobra sprzedaż świadczy o wysokiej ocenie polskiej gospodarki. – Duży popyt to duży udział w przetargu inwestorów długoterminowych, czyli takich, którzy nie przejmują się zmiennością kursu. A jeśli kupują na dłużej, to znaczy, że wysoko oceniają wiarygodność Polski – tłumaczy Jakub Borowski, główny ekonomista Kredyt Banku.

Złoty wciąż chory

Złoty słabnie, choć na szczęście wolniej niż przez poprzednie dwa dni. Wczoraj rano dobił nawet do 4,40 zł za euro. Przez większą część dnia oscylował w granicach 4,35 zł za euro. – Pomiędzy godz. 8 a 9 rynek spał, ale nie Londyn, który wyprzedawał złotego. To wtedy nasza waluta tak się osłabiła.

– Stawkę wykorzystał BGK do sprzedaży euro. Pod BGK podłączyli się inni gracze. W efekcie sytuacja na złotym trochę się uspokoiła. Jednak to nie koniec dużych wahań złotego – mówi nam Arkadiusz Urbański.

Pytanie, jakie zadaje sobie teraz wielu analityków, to do jakiego poziomu osłabi się nasza waluta. Marek Rogalski, główny analityk DM BOŚ, twierdzi, że podczas wakacji zobaczymy 4,4 – 4,5 zł. za euro. Cierpimy przez to, że jesteśmy dużym, płynnym rynkiem, gdzie transakcje zawiera się szybko i na dużą skalę. – Złoty jest podatny na osłabienie, gdyż jako najpłynniejsza waluta w tej części Europy przyciąga najliczniejszą rzeszę graczy krótkoterminowych – mówi Jacek Wiśniewski, dyrektor domu maklerskiego Raiffeisen Broker.

Z drugiej strony taka sytuacja jest dobra dla BGK, który wymienia unijne euro po jak najwyższym kursie, maksymalizując zyski i spowalniając osłabienie złotego. To rodzaj interwencji walutowej, choć głównym graczem jest tu NBP i ekonomiści zastanawiają się, czy wejdzie do gry. – Osłabienie złotego o kilka procent nie wykracza poza normalną reakcję rynków, ale gdyby jego skala była większa, niepokojów nie wykluczałby interwencji także NBP – podkreśla Jacek Wiśniewski.

Nie udajemy Greków

Rozmiar osłabienia złotego zależeć będzie od sytuacji zewnętrznej, czyli tego, co będzie z Grecją i strefą euro. – To pytanie natury politycznej i wszystko wskazuje na to, że Grecy zerwą porozumienia, jeśli nie teraz, to po nowych wyborach, i Grecja wyjdzie ze strefy. Ja jestem wśród tych osób, które uważają, że to nie musi być wielka katastrofa. Ale oczywiście krótkookresowo spowoduje silne wahania, na które trzeba się przygotować – mówi prof. Witold Orłowski z PWC.

Turbulencje z ostatnich dni to właśnie efekt uwzględniania przez rynki scenariusza wyjścia Grecji ze strefy euro. –Część długoterminowych inwestorów przygotowuje się do scenariusza wyjścia Grecji i przenosi aktywa do bezpiecznych przystani. Krótkoterminowi podłączają się, wykorzystując możliwość gry na spadki – podkreśla Jacek Wiśniewski. Jego zdaniem teraz kluczowa jest odpowiedź na pytanie, kto na tym straci oprócz greckiego społeczeństwa. Kto w strefie euro i jak bardzo. Od skali tych strat będzie zależala reakcja rynków.

Polska tak jak przy kolejnych odsłonach kryzysu może dostać rykoszetem, gdyż z Grecją duże interesy nas nie łączą. – Skutki dla Polski zależą od siły turbulencji. Osłabienie złotego może nam nawet pomóc – mówi prof. Witold Orłowski. Ale gdyby doszło do kompletnego sparaliżowania rynków finansowych, to bylibyśmy w sytuacji znacznie gorszej niż obecnie. – Choć potencjalnie i tak jesteśmy lepiej do tego przygotowani niż w roku 2009 – dodaje.

Mamy pewne atuty. To sytuacja gospodarki. Nadal rośnie i zgodnie z oceną Komisji Europejskiej w tym roku ma mieć najwyższy wzrost PKB w UE – 2,7 proc. 

Na kryzys w strefie euro jesteśmy przygotowani lepiej niż w 2009 r.

Wsp. Sławomir Łuniewski

ROZMOWA

Piotr Marczak, dyrektor departamentu długu publicznego w resorcie finansów

Trudno było sprzedawać obligacje w trakcie nawrotu lęku o przyszłość strefy euro?

Był to jeden z trudniejszych przetargów w ostatnich miesiącach. Otoczenie zewnętrzne było wyjątkowo niekorzystne, rynek walutowy mocno rozchwiany i mało płynny. W tych warunkach sprzedaż ponad 3,5 mld zł na przetargu podstawowym i 0,7 mld zł na przetargu uzupełniającym nowych obligacji 5-letnich trzeba ocenić jako bardzo dobrą. Warto podkreślić, że sprzedaż ta dokonana została przy dużym popycie i cenach powyżej rynku wtórnego. Obligacje trafiły głównie do inwestorów docelowych, którzy wykorzystali spadek rynkowych cen do zakupu obligacji.

Jak pan ocenia perspektywy dla kolejnych przetargów na nasze papiery w kontekście zagrożeń dla strefy euro?

Wyniki przetargu pokazują, że nasz rynek długu, choć nie jest jeszcze klasyczną bezpieczną przystanią, robi się coraz bardziej odporny na negatywne sygnały zewnętrzne. Jednocześnie duży stopień sfinansowania potrzeb pożyczkowych oznacza, że podaż papierów skarbowych będzie ograniczona. Dobrze rokuje to aukcjom obligacji w kolejnych miesiącach.

Na ile zostały zrealizowane potrzeby pożyczkowe państwa na ten rok?

Na koniec maja powinniśmy mieć sfinansowane co najmniej 70 proc. całorocznych potrzeb pożyczkowych budżetu państwa (określanych jako dotychczasowa kwota pomniejszona o wysokość wpłaty do budżetu z zysku NBP).

Jaka jest obecnie poduszka płynnościowa na kontach MF?

Na koniec kwietnia MF posiadało na rachunkach złotowych i walutowych środki o równowartości 32,1 mld zł.