W Australii, Japonii czy Hong Kongu, czyli na tam, gdzie w ubiegłym tygodniu inwestorzy nie mieli okazji zareagować na informacje z amerykańskiego rynku pracy, które doprowadziły do przeceny akcji na Wall Street, indeksy giełdowe rozpoczęły tydzień od spadku o ponad 2 proc.

Z danych, które również mogły umknąć uwadze części inwestorów z Polski warto przypomnieć, że stopa bezrobocia w USA spadła do 8,1 proc., liczba nowych etatów była znacznie niższa od prognoz (115 tys. zamiast oczekiwanych 170 tys.), ale z drugiej strony po uwzględnieniu weryfikacji w górę odczytu sprzed miesiąca o 53 tys. miejsc pracy, dane były zbliżone do szacunków ekonomistów. 

Z punktu widzenia amerykańskiej gospodarki najważniejsze jest obecnie kurczenie się zasobów siły roboczej. Osoby zatrudnione oraz te, które aktywnie szukają pracy, stanowią obecnie 63,6 proc. mieszkańców Stanów Zjednoczonych - to najmniejszy odsetek od 1981r.

Tylko w ubiegłym miesiącu zasoby siły roboczej zmniejszyły się 522 tys. osób, z czego część to osoby niezainteresowane pracą z przyczyn zdrowotnych i demograficznych, ale istotna część to także bezrobotni, którzy zniechęceni nieskutecznymi wielomiesięcznymi poszukiwaniami pracy rezygnują z dalszych starań. Gdyby pominąć ten jeden czynnik i przyjąć współczynnik partycypacji siły roboczej na poziomie sprzed kryzysu w 2008 r., wówczas stopa bezrobocia w USA znajdowała się w okolicy 11 proc. W tym kontekście określanie poprawy koniunktury w USA z ostatnich kwartów jako "jobless recovery" jest jak najbardziej uzasadnione. Coraz więcej inwestorów zdaje sobie sprawę z tego faktu, ale na mapie świata trudno obecnie znaleźć bezpieczniejsze rynki niż Stany Zjednoczone.

Z kolei w Europie kluczowym problemem jest widoczne zmęczenie społeczeństwa uciążliwymi reformami i jednoczesny brak perspektyw na szybką poprawę koniunktury. W takich warunkach do władzy dochodzą politycy przedstawiający proste, zero jedynkowe diagnozy źródeł kryzysu oraz rozwiązania, które nie wymagają od obywateli wielu wyrzeczeń. Siedmioprocentowe poparcie w wyborach parlamentarnych w Grecji zyskała partia Złoty Świt, głosząca nacjonalistyczne poglądy, a we Francji prezydentem został Fracois Hollande, który z jednej strony zapowiada dążenie do ożywienia wzrostu gospodarczego, ale drugiej chce obciążyć korporacje i banki dodatkowymi podatkami, które bez wątpienia w szybszy wzroście PKB nie pomogą. 

Po początkowej ucieczce od ryzykownych aktywów, w poniedziałek po południu sentyment uległ poprawie, w czym odrobinę pomogły lepsze od prognoz dane o zamówieniach w niemieckim przemyśle oraz neutralne otwarcie notowań za oceanem. Z wcześniejszych spadków francuski indeks CAC40 i hiszpański IBEX zdołały wyjść na wyraźne plusy - pod koniec sesji rosły odpowiednio o 1,6 proc. i 2,7 proc. Rzutem na taśmę również WIG20 wrócił powyżej poziomu 2200 pkt. (+0,3 proc.). Na rynku walutowym dolar, który w nocy kosztował nawet 3,24 PLN, potaniał do 3,21 PLN.