W ciągu dekady rynek luksusowego hotelarstwa urósł aż czterokrotnie. Dokładnie dziesięć lat temu w Polsce było zaledwie sześć obiektów pięciogwiazdkowych i 44 czterogwiazdkowe – razem dysponowały niespełna 14 tys. miejsc noclegowych. Dziś tych pierwszych jest niemal 50, a drugich – 150 – i wspólnie oferują około 50 tys. miejsc. Dla porównania, w tym samym czasie liczba wszystkich hoteli zwiększyła się tylko o 60 proc. Co więcej, hotele z górnej półki cieszą się taką popularnością, że w sezonie trudno znaleźć w nich wolny pokój. I to pomimo tego, że tygodniowy pobyt czteroosobowej rodziny może kosztować nawet 7 – 8 tys. zł.

– Dekadę temu struktura rynku hotelowego w Polsce była zupełnie inna niż w reszcie Europy. Obiekty cztero- i pięciogwiazdkowe stanowiły zaledwie promil całej bazy, podczas gdy na Zachodzie nawet 20 proc. Dzisiaj nie mamy się już czego wstydzić i dorównujemy najlepszym – mówi Tomasz Dziedzic, specjalista z Instytutu Turystyki. Jego zdaniem powodów zmian jest kilka. Najbardziej oczywisty jest ten, że się bogacimy i mamy coraz wyższe oczekiwania – wydajemy na jeden nocleg połowę średniej krajowej, ale w zamian żądamy wysokiej jakości obsługi i superkomfortowych warunków.

– Inna sprawa, że w zamierzchłych czasach to nie obywatele decydowali o tym, w jakich warunkach będą wypoczywali, lecz politycy. W PRL-u budowało się po prostu bloki turystyczne, które trudno nazwać hotelami, a z garstki luksusowych obiektów mogli korzystać tylko prominenci i goście zagraniczni – tłumaczy Dziedzic.

Rosnące wymagania turystyczne Polaków potwierdzają również dane GUS. Wynika z nich, że sukcesywnie spada liczba obiektów najgorszej kategorii. W 1998 r. było 326 hoteli jednogwiazdkowych, a dziś jest ich już tylko 170. Znacząco zmniejszyła się także liczba innych PRL-owskich wymysłów turystycznych: z 240 domów wycieczkowych zostało zaledwie 50, a spośród prawie 2,9 tys. ośrodków wczasowych ostał się jedynie tysiąc. Reszta nie spełniała standardów i oczekiwań klientów, więc je zlikwidowano albo przebudowano.

Eksperci przewidują, że rynek cztero- i pięciogwiazdkowych hoteli nadal będzie dynamicznie się rozwijał. Szczególnie w polskich górach, gdzie spośród 200 obiektów na razie tylko 19 należy do superligi. – To ciągle niezagospodarowana nisza, o czym najlepiej świadczy popyt na nasze usługi w sezonie zimowym. Od grudnia do końca lutego mieliśmy 100-proc. obłożenie w pokojach – mówi Aleksander Kupcewicz, szef marketingu w czterogwiazdkowym hotelu Grand Nosalowy Dwór w Zakopanem, gdzie za tydzień ferii dla dwóch osób zapłacić trzeba przynajmniej 3000 zł. Skuszona dobrymi wynikami spółka już planuje nowe hotelowe inwestycje w Tatrach. – Szczegóły będziemy mogli zdradzić za 3 – 4 miesiące – deklaruje Kupcewicz.

Zaskakująco dużą popularność obiektów z górnej półki dobrze obrazują także oficjalne dane dotyczące stopnia wykorzystania hotelowych pokoi. O ile średnia w 2010 roku dla obiektów dwu- i trzygwiazdkowych nie przekroczyła 40 proc., to w przypadku czterogwiazdkowych było to prawie 46 proc., a w pięciogwiazdkowych ponad 55 proc. To również zasługa gości z zagranicy. – Przybywa ich z roku na rok i nie są to już jedynie Niemcy, Francuzi czy Brytyjczycy. Odwiedzają nas nawet Australijczycy i Chińczycy – wylicza Magdalena Budzińska, kierownik sprzedaży w hotelu Zamek Ryn leżącego na Szlaku Wielkich Jezior Mazurskich. Tylko czekać, aż zaczną do nas przyjeżdżać Egipcjanie i Tunezyjczycy. Jednego na pewno mogliby się od nas nauczyć – jak powinien wyglądać cztero- czy pięciogwiazdkowy hotel.