Konkurencyjność na rynkach zagranicznych podzieliła gospodarki krajów Unii Europejskiej. Podczas gdy Północ bije rekordy sprzedaży, na Południu nawet słabnące euro nie jest w stanie zniwelować wysokiej nadwyżki importu nad eksportem.

W ubiegłym roku Niemcy po raz pierwszy w historii zdołały sprzedać za granicą towary warte ponad bilion euro. Jak podały wczoraj władze federalne, eksport (1060 mld euro) był aż o 158 mld euro większy niż import.

Tego samego dnia we Francji także padł rekord w handlu zagranicznym – tyle że tym razem negatywny. Francja nie tylko eksportuje trzy razy mniej niż Niemcy, ale zanotowała deficyt sięgający 70 mld euro. To najgorszy wynik w strefie euro i drugi najgorszy w Unii Europejskiej (po Wielkiej Brytanii, która jednak kompensuje to nadwyżką w wymianie usług finansowych).

Mały nie znaczy słaby

Różnica między dwiema największymi gospodarkami Eurolandu znajduje szersze odbicie w całej zjednoczonej Europie. Jak pokazują najnowsze wyniki Eurostatu za 10 miesięcy 2011 roku, mała Belgia eksportuje blisko dwa razy więcej niż Hiszpania, a Holandia prawie trzy razy więcej. Z kolei eksport Grecji jest ośmiokrotnie mniejszy niż Polski.

Skąd taka różnica? Jak tłumaczy w wywiadzie dla „Le Figaro” francuski sekretarz stanu ds. handlu zagranicznego Pierre Lellouche, jedną z przyczyn są reformy rynku pracy, które w RFN podjęto już przeszło 10 lat temu. W konsekwencji koszty pracy we Francji są o 10 proc. wyższe niż u sąsiada zza Renu. Innym powodem sukcesu Niemiec jest zmiana kierunków eksportu. Republika Federalna wysyła już 12 proc. swojej sprzedaży zagranicznej do krajów wschodzących, takich jak Chiny czy Brazylia, dzięki czemu może utrzymać dynamiczny wzrost sprzedaży. We Francji ich udział w eksporcie to tylko 7 proc. Kolejnym atutem Niemców jest struktura sprzedaży. Dominują w niej dobra o wysokiej wartości dodanej oparte o najnowsze technologie, których nie da się łatwo zastąpić chińską czy indyjską produkcją, nawet jeśli są drogie. Tymczasem w ofercie eksportowej Hiszpanii stanowią one zaledwie 5 proc., a udział ten jest jeszcze niższy w Grecji i Portugalii i niewiele wyższy we Włoszech.

– We włoskim eksporcie dominują wyroby, które w razie wzrostu cen są łatwe do zastąpienia przez produkcję spoza Europy, jak tekstylia czy żywność. Gdy z powodu zbyt mocnego kursu euro raz wypadną z rynku, powrót jest bardzo trudny – tłumaczy ekonomista Unicredit Marco Valli.

– Od powstania strefy euro konkurencyjność portugalskiej gospodarki w stosunku do Niemiec pogorszyła się o 26 proc. – tłumaczy DGP Cinzia Alcidi z brukselskiego Centrum Europejskich Analiz Politycznych (CEPS). – Jej gospodarka, podobnie jak innych państw południa Europy, rozwijała się głównie dzięki zakupom mieszkań, bo po raz pierwszy ludność miała do dyspozycji tanie kredyty EBC. Z tego powodu kraj zaniechał reform poprawiających wydajność pracy, za to dług gospodarstw domowych urósł do 200 proc. PKB – dodaje.

Konkurencyjność górą

Jak podaje Bank Światowy, podczas gdy eksport stanowi dziś zaledwie 22 proc. PKB Grecji i 31 proc. Portugalii, jego udział w Niemczech jest prawie dwukrotnie większy (47 proc. PKB). Z kolei z wyliczeń Komisji Europejskiej wynika, że wydajność pracownika w Grecji to zaledwie 65 proc. poziomu Niemiec. Przy relatywnie wysokich kosztach pracy (UE i MFW usiłują wymusić na greckim rządzie ich obniżenie m.in. poprzez cięcie zabezpieczeń socjalnych) oznacza to, że poza niszowymi produktami grecki eksport nie jest konkurencyjny. Jak podaje w najnowszym raporcie World Economic Forum (organizator szczytów w Davos), gdy idzie o konkurencyjność, Grecja spadła na 90. miejsce (na 142 klasyfikowane kraje), gdy Niemcy znajdują się na 6. pozycji.