Wszystko wskazuje na to, że zmasowany atak Banku Gospodarstwa Krajowego i Narodowego Banku Polskiego na umocnienie naszej waluty pomógł. Drugi dzień z rzędu złoty waha się w bardzo wąskim paśmie 3 – 5 groszy do wszystkich głównych walut. Wczoraj za euro minimalnie trzeba było płacić 4,44 zł, a maksymalnie 4,47 zł. Za dolara 3,40 – 3,45 zł. Frank szwajcarski nadal trzyma się mocno, w przedziale 3,64 – 3,67 zł.

– Interwencja NBP jest tym skuteczniejsza, im rzadziej przebiega i jest na wyższe kwoty – mówi Piotr Kalisz, główny ekonomista Citi Handlowego. Wylicza, że w ostatnią sesję roku NBP mógł rzucić na rynek nawet równowartość 1 mld zł.

Jednak to, jak długo uda się utrzymać w miarę stabilny kurs złotego, a także wyrównany poziom rentowności polskiego długu, zależeć będzie od sytuacji na rynkach międzynarodowych, szczególnie strefy euro. W tym tygodniu nie powinniśmy usłyszeć negatywnych wieści. Ale ekonomiści niepokoją się o to, co stanie się w przyszłym tygodniu. W poniedziałek ma dojść do spotkania kanclerz Niemiec Angeli Merkel z prezydentem Francji Nikolasem Sarkozym. Nieoficjalnie mówi się, że jego celem jest wypracowanie propozycji rozwiązań fiskalnych dla strefy euro przed szczytem przywódców państw Unii zaplanowanym na 30 stycznia.

W przyszłym tygodniu oczekiwane są także decyzje agencji Standard & Poor’s, która jeszcze w grudniu zapowiedziała, że nie wyklucza obniżenia ratingów państwom strefy, w tym tych z najwyższym potrójnym A. A do tej grupy należą i Niemcy, i Francja.

– Przy czym o ocenę Niemiec na razie nikt się nie obawia, podczas gdy w powszechnej ocenie istnieje duże ryzyko, że Francja spadnie o jedną pozycję – twierdzi Marek Rogalski, analityk DM BOŚ. Nie ukrywa, że obniżka ratingów znów może być sygnałem do odpływu inwestorów z Polski.

– Jednak sądzę, że NBP będzie się wstrzymywał z interwencjami, przynajmniej do czasu kiedy złoty znacząco się nie osłabi – do 4,65 – 4,70 zł za euro i nie wejdzie w szerokie pasmo wahań – przekonuje Marcin Turkiewicz, szef dilerów walutowych BRE.

Negatywne wieści z Europy będą miały także wpływ na wycenę polskiego długu. Tymczasem polskie Ministerstwo Finansów, podobnie jak hiszpańskie, na 12 stycznia zaplanowało przetargi obligacji. Nasze na 1 – 4 mld zł. – Do tej pory polskiemu resortowi finansów udawało się uplasować dług po sensownych rentownościach, nawet gdy w tym samym czasie problemy miały inne kraje Unii. Inwestorzy wykazują dużą ufność do naszych papierów – uważa Konrad Ryczko, analityk BOŚ. Jednak do tej pory mieliśmy także sporo szczęścia, bo zwykle z przetargiem udawało nam się wstrzelić na kilka godzin przed pojawieniem się na rynku złych wieści.