– Każdy inwestor, w tym także państwo, który pośrednio przekroczy próg 66 proc. w spółce giełdowej, ma obowiązek w ciągu trzech miesięcy ogłosić wezwanie na 100 proc. akcji – mówi Łukasz Dajnowicz z Komisji Nadzoru Finansowego. To oznaczałoby, że rząd w Berlinie musiałby ogłosić na warszawskiej giełdzie, że chce skupić akcje BRE, który jest obecnie trzecim co do wielkości bankiem w Polsce.

To jedna z możliwości. Niemieckie państwo mogłoby też poszukać kupca na BRE. Na takie rozwiązanie zdecydowała się na przykład należąca do irlandzkiego rządu agencja, która po przejęciu tamtejszego banku AIB stała się właścicielem BZ WBK. Jednak sprzedaż BRE byłaby trudna. Bank, wart na GPW ok. 11 mld zł, korzysta bowiem z ogromnych pożyczek od Commerzbanku, sięgających 24 mld zł. Czyli nabywca musiałby wyłożyć łącznie 35 mld zł.

A chętnych do przejmowania banków nie widać. Ostatnio nie udało się znaleźć kupców na Bank Millennium oraz Kredyt Bank. W tym ostatnim przypadku sytuacja jest nieco zbliżona – polska instytucja, warta obecnie 2,8 mld zł, wzięła od właściciela, belgijskiego KBC, 6 mld zł pożyczek.

Analitycy na razie bagatelizują scenariusz, w którym Niemcy przejmują BRE. – Na razie to tylko grożenie palcem, nie wiadomo, na ile realna jest nacjonalizacja – mówi Tomasz Bursa z Ipopemy Securities.

Także przedstawiciele BRE Banku mówią, że o planach nacjonalizacji nic nie wiedzą.– Nie ma żadnych oficjalnych informacji, że Commerzbank może zostać znacjonalizowany. Nasz główny akcjonariusz konsekwentnie podtrzymuje deklaracje swojego silnego i długoterminowego zaangażowania w Polsce – mówi Piotr Rutkowski z biura prasowego BRE.

Commerzbank już raz, w 2008 r., korzystał z pomocy państwa. Za ponad 16 mld euro, które wtedy kosztowało podatników dokapitalizowanie grupy, państwo otrzymało 25 proc. plus jedna akcja udziałów w spółce.