Rządy Włoch, Hiszpanii i Portugalii naciskają na rodzime banki, aby nie wyprzedawały obligacji własnego kraju i w ten sposób powstrzymały spadek ich rentowności. To stawia jednak te instytucje finansowe w potrzasku. Europejski Urząd Bankowy (EBA) wywiera bowiem presję na europejskie banki w dokładnie odwrotnym kierunku: chce, aby umocniły swoje rezerwy kapitałowe poprzez wyprzedaż części ryzykownych aktywów, czyli właśnie obligacji najbardziej zadłużonych państw.

Wczoraj agencja Moody’s ostrzegła, że naciski na banki ze strony rządów doprowadzą do zrewidowania w dół oceny ryzyka kredytowego 87 czołowych banków europejskich (nie wymienia jakich). O naciskach napisał Reuters.

Stawka w tej grze jest ogromna. Banki włoskie posiadają 12,6 procent wszystkich włoskich obligacji. Z kolei do banków Hiszpanii wciąż należy 12,3 proc. bonów skarbowych tego kraju, natomiast do banków Portugalii – 22,9 proc. obligacji portugalskich. Łącznie europejskie banki ulokowały setki miliardów euro w bonach skarbowych własnego kraju.

Rządy mają bardzo wiele możliwości nieformalnej presji na własne banki. W Portugalii największy bank należy do państwa. W innych krajach banki są zależne od władz, bo przeprowadzają na ich rzecz wiele intratnych transakcji. Często dyrektorzy banków są też bezpośrednio powiązani z politykami danego kraju.

„Wall Street Journal” zwraca uwagę, że to właśnie bliskie związki polityki i zarządów banków były jedną z przyczyn wybuchu kryzysu finansowego w Unii w 2008 roku, bo powodowały wiele nieprzemyślanych decyzji inwestycyjnych. Naciski na rzecz utrzymania przez banki ryzykownych obligacji tylko wzmacniają to niekorzystne zjawisko.

Zarządy banków muszą także brać pod uwagę naciski akcjonariuszy, którzy chcą, aby instytucje finansowe jak najszybciej pozbyły się posiadanych obligacji. Presja władz, aby do tego nie doszło, przyczynia się więc do spadku notowań giełdowych banków.

Naciski rządów są zresztą i tak mało skuteczne. Wczoraj Włochom co prawda udało się znaleźć nabywców na zakup obligacji wartych 7,5 mld euro, ale na najgorszych warunkach od początku zawiązania unii walutowej. Rentowność trzyletnich bonów skarbowych osiągnęła bowiem 7,89 procent, a dziesięcioletnich – 7,56 procent. Eksperci są zgodni, że jeśli taki trend się utrzyma, Rzym będzie musiał wystąpić z prośbą o ratunek przed bankructwem do MFW i Unii Europejskiej.

Instytucje finansowe chcą pomocy od NBP

Bankowcy są zaniepokojeni spadkiem zaufania i obrotów na rynku międzybankowym. Nieoficjalnie wiadomo, że powodem są naciski ze strony zagranicznych właścicieli polskich banków, aby zmniejszyć akcję kredytową. Polscy finansiści uważają, że sytuację mógłby poprawić Narodowy Bank Polski.

– Dobrze byłoby, gdyby NBP nie czekał, aż pojawią się problemy, tylko wcześniej uruchomił linie płynnościowe, z których mogłyby korzystać banki – mówi Jacek Bartosik z departamentu skarbu w Polskim Banku Przedsiębiorczości. Zwykle NBP zaczyna pożyczać pieniądze, kiedy płynność znacząco zamiera, a banki mają problem z finansowaniem bieżącej działalności. Tak było w 2008 r., kiedy po upadku Lehman Brothers banki straciły do siebie zaufanie i przestały pożyczać sobie pieniądze. Do dziś sytuacja się całkiem nie unormowała, a ostatnio znowu widać objawy zamrożenia rynku międzybankowego. O skali niepewności świadczy to, że ok. 90 proc. pożyczek banki udzielają sobie na jeden dzień.

Wszystko to dzieje się to pod koniec roku, kiedy banki mają większe zapotrzebowanie na pieniądze. Dziś niełatwo jest pożyczyć na rynku popularne euro, a dostępne pożyczki są drogie. – Gdyby NBP ogłosił, że zapewni bankom dostęp do pożyczek w walutach pod koniec roku, z rynku znikłaby nerwowość – mówi Bartłomiej Małocha z wydziału transakcji krótkoterminowych BRE Banku.

Innym sposobem na pomoc bankom byłoby zwiększenie skali operacji nazywanych repo. W ich trakcie bank centralny udziela pożyczek pod zastaw określonych papierów wartościowych. Jednak tymi papierami są zazwyczaj obligacje, a niektóre banki mają tych papierów mniej, niż wynoszą ich potrzeby pożyczkowe. Na dodatek skorzystanie z tego rozwiązania oznacza dla banków konieczność naliczenia podatku na takich samych zasadach, jakby te papiery sprzedawali.

Przedstawiciele NBP jednak nie chcą się zgodzić na żadne dodatkowe formy pomocy.

– NBP jest instytucją, która aktywizuje się na rynku w momencie, kiedy zamiera na nim płynność. Obecnie nic nie wskazuje, żeby takie zjawisko mogło wystąpić – mówi Dobiesław Tymoczko, zastępca dyrektora departamentu systemu finansowego.