Jak precyzyjnie podano, na koniec dnia roboczego we wtorek całkowite zadłużenie kraju wyniosło 15 033 607 255 920,32 dolara.

– To niechlubny dzień w amerykańskiej historii – skomentował Paul Ryan, republikański przewodniczący komisji budżetowej Izby Reprezentanów.

Demokraci do tego wydarzenia się nie odnieśli, co z ich punktu widzenia jest zrozumiałe – zadłużenie USA jeszcze nigdy nie rosło tak szybko. Od czasu objęcia władzy przez Baracka Obamę, czyli od stycznia 2009 r., zwiększyło się ono o 4,407 biliona dolarów. Co więcej – podczas każdego roku jego prezydentury dług USA przyrasta średnio o ponad 1,5 biliona, podczas gdy za czasów George’a W. Busha było to 612,4 miliarda rocznie, a za Billa Clintona – 192,5 miliarda dolarów.

Na dodatek nie widać – przynajmniej na razie – perspektyw, by ten wzrost udało się zahamować. Na niespełna tydzień przed upływem terminu, w którym członkowie specjalnej superkomisji Kongresu mają przedstawić sposoby zmniejszenia deficytu i zadłużenia, nie mogą oni dojść do porozumienia. Komisję, składającą się z sześciu republikanów i sześciu demokratów, powołano na mocy sierpniowego porozumienia o podniesieniu limitu zadłużenia. Do 23 listopada powinna ona przedstawić propozycje, w jaki sposób w ciągu najbliższych dziesięciu lat zmniejszyć deficyt o 1,2 biliona dolarów.

Republikanie nie chcą się jednak zgodzić na podwyżki podatków o ponad 300 miliardów dolarów. Demokraci – na zbyt duże cięcia w wydatkach rządowych.

Według stacji Fox News jeśli do 23 listopada nie uda się osiągnąć porozumienia, agencje ratingowe mogą obniżyć ocenę wiarygodności kredytowej USA.