Źródła brukselskie mówią o intensywnych konsultacjach, jakie toczą w tej sprawie Berlin i Paryż.

– Pakiet propozycji wzmacniających nadzór gospodarek przedstawimy do końca listopada. To kolejny krok w stronę unii fiskalnej – mówi „DGP” wysoko postawiony urzędnik KE. Bruksela w ten sposób chce dostosować praktykę do teorii ekonomii, w myśl której zawarciu unii walutowej powinno towarzyszyć ujednolicenie polityki gospodarczej. – Jedynie poprzez federalizację polityk fiskalnych można zmniejszyć różnice w poziomie konkurencyjności państw strefy euro. Wybór jest prosty: albo więcej federalizmu, albo rozpad strefy euro – dodaje Diego Valiante z Centre for European Policy Studies.

Szczegółów na razie brak, ale ogólny kierunek zmian jest zgodny z panującym trendem. Niemcy i Francja będą parły do zacieśnienia unii politycznej. Z rozmów z unijnymi ekspertami wynika, że wśród możliwych propozycji będzie np. przyznanie Brukseli prawa weta wobec budżetów państw strefy euro, które stwarzają problemy. O zmianie traktatu lizbońskiego, który by to umożliwiał, wspomniała w czwartek kanclerz Angela Merkel. Euroentuzjaści chcieliby też pozbawić państwa członkowskie prawa do ratyfikacji niektórych uzgodnień. Ich zdaniem w kryzysowych sytuacjach nie można czekać, aż konkretną umowę ratyfikuje 27 parlamentów.

W kuluarach mówi się też o konieczności powołania ministra finansów strefy euro, który dysponowałby silnymi uprawnieniami w dziedzinie nadzoru bankowego, zbudowanymi na wzór amerykański. Oliver Grimm, korespondent austriackiej „Die Presse”, mówi, że taki minister mógłby bez żmudnych uzgodnień podejmować decyzje o podziale, sprzedaży czy rekapitalizacji banku, którego upadek mógłby zaszkodzić kondycji wspólnej waluty.

Wybór jest prosty: albo więcej federalizmu, albo rozpad strefy euro

To nie wszystko: w Komisji Europejskiej mógłby się pojawić komisarz ds. oszczędności, którego zadaniem byłoby pilnowanie, czy państwa zadłużone na więcej niż 60 proc. PKB (obecnie jest takich 14) wdrażają programy redukcji zadłużenia, a cała „27” przestrzega limitów deficytu. Berlin chciałby, by nad dyscypliną budżetową czuwał Niemiec. W kuluarach krąży nazwisko odchodzącego członka zarządu EBC Juergena Starka. – Kto płaci, ten chce kontroli – komentuje Oliver Grimm.

Państwa spoza strefy euro obawiają się marginalizacji i ziszczenia groźby Europy dwóch prędkości. Już teraz kluczowe decyzje podejmowane są na szczytach przywódców państw strefy euro, z których przedstawiciele pozostałej dziesiątki są bezceremonialnie wypraszani. W kontrze do tych spotkań politycy „non euro EU” zaczęli spotykać się także w swoim gronie. Minister Jacek Rostowski mówił w ubiegłym tygodniu, że jednym z celów tego typu spotkań jest niedopuszczenie do marginalizacji takich państw, jak Polska, Szwecja czy Wielka Brytania.

Przedstawiciele twardego jądra Unii na słowa o Europie dwóch prędkości reagują irytacją. – To śmieszne sformułowanie. Przecież i tak mamy Europę wielu prędkości. Nie wszyscy płacą w euro, nie wszyscy należą do strefy Schengen. Są różnego rodzaju wyjątki od traktatów, w których zresztą przodują Grecy – mówi niemiecki europoseł Markus Ferber. Zdaniem bawarskiego chadeka należy się przyjrzeć poszczególnym derogacjom i odebrać państwom ich przywileje. Jego słowa zapowiadają kolejną tendencję w europejskim prawodawstwie.