Wtorkowa euforia na rynkach po deklaracji Berlusconiego trwała bardzo krótko. Wczoraj indeksy głównych giełd w Europie traciły po 2 – 3 proc. Rosła natomiast rentowność włoskich obligacji. Wczoraj osiągnęła ona 7,47 proc., czyli była najwyższa od połowy 1997 r. To także więcej niż w momencie, gdy Grecja, a potem Irlandia i Hiszpania musiały prosić o pomoc finansową.

– Niezależnie, kto rządzi, liczby pozostają te same, a dziś rano są one nawet jeszcze gorsze. Ta droga do Rzymu prowadzi w przepaść – mówi Bloombergowi Simon Smith, główny ekonomista brokera walutowego FXPro Group. Inwestorzy znów zwątpili we Włochy z powodu niejasności co do dalszej sytuacji politycznej oraz wątpliwości, czy nowy premier będzie w stanie przeforsować niezbędne reformy.

Berlusconi zapowiedział, że odejdzie tuż po tym, jak parlament przyjmie plan stabilizacji finansów państwa, co powinno nastąpić do końca miesiąca. Jego Lud Wolności opowiada się za rozpisaniem nowych wyborów i chce, by do tego czasu krajem kierował stary rząd z nowym premierem. Jako kandydaci na tę funkcję wymieniani są namaszczany przez Berlusconiego sekretarz generalny partii Angelino Alfano i uważany za prawą rękę ustępującego premiera Gianni Letta. Nie wiadomo jednak, czy jako bardzo bliscy współpracownicy Berlusconiego zdołają odbudować większość parlamentarną. Z kolei opozycyjna centrolewica wolałaby stworzenie rządu technokratycznego lub rządu jedności narodowej – jego szefem mógłby być były unijny komisarz ds. konkurencji Mario Monti.

Strach przed związkami

Niezależnie od tego, która opcja zwycięży, co najmniej do lutego – czyli pierwszego realnego terminu wyborów – Włochy będą w stanie przejściowości i szansa na jakiekolwiek odważne decyzje jest niewielka. – Kluczowym punktem dla Włoch jest teraz odpowiedź na pytanie, który rząd jako większość będzie w stanie wprowadzić w ciągu kilku dni reformy, których nie zdołaliśmy wprowadzić przez ostatnie 10 lat – mówi Mario Baldassarri, szef komisji finansowej Senatu.

Gorzej, że nie ma też pewności, czy po wyborach będzie taki rząd. Prawdopodobnym ich zwycięzcą będzie opozycyjna centrolewica. Ta zajęta przez ostatnie lata walką z Berlusconim nie ma spójnego programu gospodarczego, a na dodatek niektóre reformy są jej nie po drodze. Problemem Włoch nie jest wysoki deficyt budżetowy, lecz mizerny wzrost gospodarczy i duże koszty obsługi starego zadłużenia. Lekarstwem na jedno i drugie jest zwiększenie konkurencyjności gospodarki poprzez uelastycznienie rynku pracy, poprawę wydajności, podniesienie wieku emerytalnego. Dla centrolewicowego rządu dbającego o poparcie silnych związków zawodowych to nie jest optymalny scenariusz.

Kłopot w tym, że Włochy już nie mają czasu na wymarzone scenariusze. Każdy wzrost rentowności to wyższe koszty obsługi długu i większe ryzyko, że się go nie uda spłacić. Im wyższe jest to ryzyko, tym szybciej rośnie rentowność obligacji.