Nie jest to jednak efekt drastycznego spadku poziomu życia w ciągu ostatnich dwóch miesięcy, lecz nowych metod klasyfikacji zastosowanych przez Urząd Spisu Powszechnego.

Rządowa formuła, zgodnie z którą od 1953 r. obliczano poziom ubóstwa w USA, jest uznawana przez ekspertów za niemiarodajną. Nie uwzględniała tak ważnych czynników jak wydatki na opiekę medyczną. Tymczasem co szósty Amerykanin nie ma ubezpieczenia i musi płacić lekarzom z własnej kieszeni. Ponadto zakłada ona, że wydatki na jedzenie pochłaniają jedną trzecią przychodów rodziny, gdy obecnie ten wskaźnik skurczył się do jednej siódmej. Poza formułą były także wydatki związane z rodzicielstwem i komunikacją. Przy wyliczeniu dochodów Amerykanów nie uwzględniano bezgotówkowej pomocy ze strony rządu – kartek żywnościowych czy tax credit, czyli odroczonej płatności podatków.

W efekcie nowych wyliczeń najbardziej wzrósł poziom ubóstwa wśród najstarszych obywateli USA. Odsetek Amerykanów powyżej 65. roku życia, niewiążących końca z końcem, okazał się dwukrotnie wyższy, niż przypuszczano. Co szósty emeryt w USA musi wybierać między jedzeniem a lekarstwem. Więcej ubogich jest też wśród osób w wieku produkcyjnym. Wskaźnik ten wzrósł z 13,7 do 15,2 proc. – ze względu na duże wydatki na utrzymanie dzieci i komunikację. Za to najbiedniejszą grupą etniczną przestali być czarni (25,4 proc). Ich miejsce zajęła hiszpańskojęzyczna część społeczeństwa (28,2 proc.).

Trzeba pamiętać, iż w USA granica ubóstwa ustanowiona jest wyżej niż np. w Polsce. Jest nią roczny dochód w wysokości nie większej niż 22 314 dol. na czteroosobową rodzinę lub 11 139 dol. w przypadku jednej osoby.