Opłakany stan polskich finansów publicznych i pilna konieczność redukcji deficytu budżetowego powinny wymuszać nie tylko determinowane przez kalendarz wyborczy zapychanie dziur, ale też myślenie oparte na analizie ograniczeń definiowanych przez instytucje unijne z jednej strony i umiejętne ich aplikowanie do rzeczywistości z drugiej.

W filmie „Anioł zagłady” hiszpański surrealista Luis Bunuel pokazał przyjęcie, którego goście nie mogą opuścić z nie do końca wyjaśnionych przyczyn. Niby chcą wyjść, ale tego nie robią i nikt nie potrafi wytłumaczyć, dlaczego tak się dzieje. Film ten przypomina mi się, kiedy zastanawiam się, dlaczego w Polsce nie może przebić się idea partnerstwa publiczno-prywatnego.

W krajach, w których tradycja partnerstwa jest ugruntowana (Wielka Brytania, Francja, Niemcy), projekty realizowane w formule PPP stanowią oręż w walce o jak najwyższy PKB. Ponadto są wspierane przez UE, która w sposób jednoznaczny definiuje, że „zobowiązania z tytułu umów o PPP zgodnie z decyzją Eurostat nr: 18/204 z dnia 11.02.2004 r. nie są zaliczane do długu sektora finansów publicznych, jeżeli partner prywatny przejmie na siebie ryzyko związane z budową oraz co najmniej jedno z następujących ryzyk: popytu i/lub dostępności”.

Obecnie banki są zainteresowane taką strukturą, w której przychodem zabezpieczającym spłatę kredytu jest wynagrodzenie za usługi pochodzące od sektora publicznego. Innymi słowy ryzyko popytu powinno być pokryte przez stronę publiczną. Jeśli wszystkie pozostałe ryzyka pozostaną domeną partnera prywatnego, nie powinno być kłopotów z pozabudżetowym charakterem zobowiązań strony publicznej. Osobą najbardziej zainteresowaną promowaniem taich projektów PPP powinien być minister finansów. W Polsce jednak tak nie jest. MF wydało 23 grudnia 2010 r. rozporządzenie, które nie odzwierciedla litery i ducha decyzji Eurostatu. Nakazuje ono zaliczać m.in. „kredyty i pożyczki obejmujące również umowy o PPP, które mają wpływ na poziom długu publicznego” do państwowego długu publicznego. Wprawdzie w odpowiedzi na zapytanie wiceministra gospodarki Rafała Baniaka resort udzielił odpowiedzi, że respektowana jest decyzja Eurostatu i rozporządzenie ma charakter porządkujący, ale tym bardziej niezrozumiałe jest, po co w ogóle takie rozporządzenie powstało.

Jeśli państwo chce rzeczywiście popierać PPP, powinno wykonać gest legislacyjny, który rozwiałby wątpliwości. Powinna być to zmiana rozporządzenia MF na takie, dzięki któremu minister finansów nie byłby niemile zaskoczony koniecznością zaliczania tych zobowiązań do długu publicznego, a samorządy otrzymałyby zielone światło realizowania komercyjnych inwestycji publicznych w formule popieranej przez rząd.

Ostatnie 2 lata obowiązywania nowych przepisów o PPP i koncesjach pokazały, że samorządy nie oglądają się na rząd i nie chcą czekać na rządowe projekty pilotażowe. Potrzebne jest jednak poczucie bezpieczeństwa prawnego. W przeciwnym wypadku będziemy świadkami tworzenia karkołomnych konstrukcji prawnych i księgowych, a historia PPP w Polsce skończy się na basenie, hali targowej bądź autostradzie, gdzie wszystkie ryzyka pokryte zostały przez stronę publiczną, w ewidentny sposób powiększając dług publiczny. Albo w sądzie.