Brakuje pieniędzy na naukę, ale jeszcze bardziej brakuje argumentów, dlaczego powinno być ich więcej. Polska wydaje na naukę 0,65 proc. swojego PKB. To jeden z najsłabszych wskaźników w Europie. Jednak nawet tym, co mamy, nie potrafimy się pochwalić. Na 4 tys. instytucji badawczych ocenianych w rankingu Webometrics znalazło się jedynie 38 polskich ośrodków, i to na bardzo odległych pozycjach.

Najwyżej, na 46. miejscu, notowane jest Interdyscyplinarne Centrum Modelowania Matematycznego i Komputerowego prowadzone przez Uniwersytet Warszawski. Sztandarowa polska instytucja, czyli Polska Akademia Nauk, zajmuje dopiero 237. pozycję. Cała reszta instytutów badawczych to już miejsca w 5., 8. i 9. setce czy wręcz poza pierwszym tysiącem. I nic dziwnego, skoro ich witryny internetowe często nawet nie mają wersji anglojęzycznej, nie mówiąc już o tłumaczeniach na inne języki.

– Polskim ośrodkom badawczym wciąż wydaje się, że wystarczy działalność naukowa, by zostały docenione. A tu świat się zmienił i w zglobalizowanym środowisku, także naukowym, jeżeli ktoś się nie potrafi promować, to go najzwyczajniej nie ma – tłumaczy prof. Krzysztof Pawłowski, założyciel Wyższej Szkoły Biznesu National-Louis University w Nowym Sączu.

Zdaniem ekspertów jest wiele przyczyn takiego stanu rzeczy. – System ewaluacji polskiej nauki nie premiuje za rozpoznawalność. W tym systemie ważna jest liczba publikacji i wysokość przyznanych grantów – wyjaśnia prof. Tadeusz Luty, honorowy prezes Konferencji Rektorów Akademickich Szkół Polskich oraz były rektor Politechniki Wrocławskiej.

Skostniały jest także system gratyfikacji naukowców, których stawki wynagradzania określa ministerialna tabela. – Niewiele uczelni czy instytutów nagradza ich dorobek naukowy dodatkowymi pieniędzmi, więc nie mają motywacji do bardziej aktywnych form promowania własnych osiągnięć, otwierania nowych projektów badawczych, poszukiwania grantów na prace naukowe – dodaje prof. Luty.

Tymczasem mechanizm wolnorynkowy działa także w sektorze nauki. Promocja działalności przyciąga biznes, a wraz z nim pieniądze i kontrakty na prowadzenie komercyjnych badań. W krajach rozwiniętych aż 70 proc. nauki finansowane jest przez biznes. Tylko 30 proc. wykłada państwo. W Polsce te proporcje są odwrotne.

Jeżeli polscy naukowcy nie zrobią więcej, by wypromować się na rynku, koło nosa może im przejść ponad 140 mld euro, które w budżecie na lata 2014 – 2020 Unia Europejska przeznacza na sektor badawczo-rozwojowy.

A o tym, że warto, świadczy przykład ze Śląska. Tomaszowi Majce, szefowi firmy produkującej gry Nicolas Games, pomysł, by zacząć współpracować z naukowcami, przyszedł do głowy na początku 2010 r. Wiedział on, że oferta uczelni czy instytutów badawczych nie jest przystosowana do potrzeb rynku pracy, więc zaczął przekonywać rektorów śląskich uczelni do zmian.

– Rynek deweloperów gier w Polsce rozwija się w bardzo szybkim tempie, a specjalistów od ich produkcji brakuje. Podobnie jak brakuje badań naukowych przydatnych w branży. Tak doszło do stworzenia razem z Uniwersytetem Śląskim studiów w zakresie produkcji rozrywki interaktywnej – opowiada Majka.

Pierwszy rocznik studentów rozpocznie zajęcia już w październiku.

Kilka miesięcy temu w Instytucie Podstaw Informatyki PAN opublikowano badanie „Inteligencja wokół nas. Współdziałanie agentów softwarowych, robotów, inteligentnych urządzeń”. Mogłoby być ono przydatne dla innych naukowców i przedsiębiorstw zajmujących się robotyką, jednak szansa, że dowie się o nim ktoś spoza Polski, jest bliska zeru.

Strona internetowa tego centrum badawczego ma wprawdzie swoją wersję anglojęzyczną, ale przetłumaczono na niej tylko podstawowe informacje. Wykaz publikacji kończy się na 2006 r. Nic dziwnego, że w światowym rankingu centrów badawczych Webometrics instytut ten znalazł się na 992. miejscu. I niestety właśnie na tak odległych pozycjach sklasyfikowane są niemalże wszystkie polskie ośrodki.