Francja i Niemcy przedstawiły kolejną kontrowersyjną propozycję walki z kryzysem w Europie. Tyle że kosztem najbiedniejszych krajów Unii. W liście przesłanym do przewodniczącego Rady Europejskiej Hermana Van Rompuya prezydent Nicolas Sarkozy i kanclerz Angela Merkel proponują, aby państwa, których deficyt budżetowy jest większy niż 3 proc. PKB, zaś dług publiczny nie jest systematycznie obniżany poniżej 60 proc. PKB, zostały pozbawione funduszy strukturalnych i funduszu spójności.

Dodatkowo kraje, które nie są w stanie sprawnie wykorzystać pomocy strukturalnej także te fundusze powinny stracić. Uzyskane w ten sposób środki zasilałyby specjalny fundusz mający wspierać konkurencyjność gospodarki całej Unii.

Francusko-niemiecka propozycja jest niekorzystna m.in. dla Polski. O ile w ramach obecnego budżetu na lata 2007 – 2013 Francja otrzyma 14,3 mld euro, a Niemcy 26,3 mld euro z funduszy strukturalnych, to nasz kraj blisko 80 mld euro. Nie tylko Warszawa musi przygotować o wiele więcej projektów inwestycyjnych dla wykorzystania unijnych środków niż Paryż i Berlin, ale także polska administracja ma zdecydowanie szczuplejsze środki niż francuska i niemiecka (chodzi o wkład własny w finansowane przez fundusze inwestycje).

Równocześnie Francja stanowczo zablokowała inny pomysł na wymuszenie dyscypliny finansowej w krajach Unii: przyznanie Komisji Europejskiej prawa do automatycznego nakładania kar na kraje, które w ustalonych terminach nie zmniejszyły długu i deficytu budżetowego. Takie rozwiązanie zakładał przyjęty jeszcze w 1999 roku pakt o stabilności i rozwoju. Jego zapisy zostały jednak rozwodnione w 2003 roku z inicjatywy Paryża i Berlina, gdy okazało się, że oba kraje nie są w stanie utrzymać finansów publicznych w ryzach.

Zdaniem Komisji Europejskiej w tym roku deficyt budżetowy Polski i Francji wyniesie 5,8 proc. PKB, natomiast nasz dług (55,4 proc. PKB) spełnia unijne kryteria, podczas gdy francuski (84,7 proc. PKB) – nie. Niemieckie zobowiązania również dalece przekraczające normy europejskie (82,4 proc. PKB), choć Berlin zdoła w tym roku obniżyć deficyt budżetowy poniżej 3 proc. PKB.

Propozycje, które uderzają w państwa spoza Eurolandu

● Powołanie rządu gospodarczego strefy euro. Podejmowane bez udziału m.in. Polski decyzje miałyby kluczowy wpływ na rozwój gospodarczy całej Unii. Do tego szef rady strefy euro byłby zarazem przewodniczącym Rady Europejskiej 27 państw. Nie pochodziłby on jednak z kraju, który nie jest w unii walutowej.

● Euroobligacje. Pozwoliłyby państwom o wysokim zadłużeniu uzyskać po niższej cenie pożyczki na rynkach finansowych. Jednak wspólne bony skarbowe mogłyby wyssać kapitał na rynkach.

● Harmonizacja podatku od zysku firm (CIT). Angela Merkel i Nicolas Sarkozy zapowiedzieli, że zrównanie stawek zaczną od Niemiec i Francji. Jednak oba kraje mają wyższe (około 30 proc.) stawki CIT niż Polska (19 proc.). Ich podwyższenie osłabiłoby konkurencyjność polskich przedsiębiorstw.

● Podatek od transakcji kapitałowych. Francja i Niemcy chcą, aby opłaty zasiliły fundusz, który w razie potrzeby zostałby użyty do ratowania banków przed bankructwem. Jednak polskie instytucje finansowe w zasadzie przeszły kryzys suchą stopą i nie ma uzasadnienia dla nakładania na nie dodatkowych obciążeń. Jeśli nowy podatek nie zostanie jednocześnie przyjęty w USA, Japonii i innych wielkich ośrodkach finansowych świata, kapitał może wypłynąć z krajów Unii, w tym z Polski.