Wielu rządzących rozumie już, że reformy związane z ograniczaniem wydatków budżetowych oraz rozszerzaniem sfery wolnego rynku są potrzebne. Nie robi się jednak tego w wystarczającym stopniu z powodów politycznych. W niektórych państwach politycy i część ekspertów wolą znajdować wyjaśnienie obecnych problemów w światowej gospodarce w postaci spekulantów, agencji ratingowych, chciwości, kapitalizmu, turbokapitalizmu, neoliberalizmu. Wciąż częsty jest niestety pogląd, że kryzys został wywołany przez brak regulacji, więc potrzebujemy ich jeszcze więcej - mówi "GDP" prof. Leszek Balcerowicz

"GDP": Czy grozi nam drugie dno kryzysu i recesja?

prof. Leszek Balcerowicz: Na razie wciąż obserwujemy w krajach rozwiniętych wzrost gospodarczy. Problem polega na tym, że po wcześniejszych recesjach był on szybszy i spadało bezrobocie. Teraz gospodarka, zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych, rozwija się dużo wolniej, bezrobocie utrzymuje się na wysokim poziomie. I tak może być przez najbliższe lata.

Dlaczego?

Po pierwsze, po głębokich recesjach wywołanych przez kryzysy finansowe odbicie jest zwykle wolniejsze niż po recesjach spowodowanych przez np. wzrost stóp procentowych. W tym pierwszym przypadku jest to też swego rodzaju cena za poprzedni boom, bo w jego trakcie zwiększają się długi konsumentów i firm, a po załamaniu zaczynają się oni oddłużać. Popyt rośnie więc wolniej. Poza tym boomy pozostawiają rozmaite zniekształcenia strukturalne, np. nadmiernie rozrośnięte budownictwo, a ich eliminacja wymaga czasu.

Czy w Polskę uderzą obecne turbulencje na rynkach finansowych?

Wpływ zewnętrznych zaburzeń zależy od zdrowia gospodarki. Jednym z głównych wskaźników jest dług publiczny. Mało kto mówi, że Szwecja czy Finlandia będą miały poważne problemy. Słychać za to o Włoszech, które mają bardzo wysoki dług w relacji do PKB. Zadłużenie Polski, choć dużo niższe niż we Włoszech, jest wysokie i w ciągu kilku lat wzrosło z ponad 40 proc. do ponad 50 proc. PKB. W dodatku jego część została ukryta przed społeczeństwem w wyniku pseudoreformy OFE.

Muszę jednak zaznaczyć, że bieżące zarządzanie długiem było rozsądne. Zgromadzono sporo środków, nie jesteśmy więc w najbliższych trudnych miesiącach uzależnieni od dalszego zaciągania długów. Ale to nie rozwiązuje problemów w kolejnych latach. Najistotniejszy dla zdrowia finansów publicznych jest poziom wydatków, a my mamy co ograniczać.

Kurs franka przekroczył 4 zł i posiadacze kredytów denominowanych w tej walucie mają poważny problem. Czy należy im pomagać?

Ten problem jest przesadzony. Dopiero teraz raty w kredytach walutowych stają się nieznacznie wyższe od złotowych. Kredyt walutowy niesie ze sobą ryzyko związane ze zmianami kursu i każdy musi się z tym liczyć. Nie ma sensu, by państwo kompensowało skutki decyzji kredytobiorców z pieniędzy podatników. Jeżeli chcemy mieć wolność, musimy brać odpowiedzialność za konsekwencje naszych samodzielnych decyzji.

Co robić, by ratować sytuację w światowej gospodarce?

Nie ma prostego triku – odkręcamy kurek z pieniędzmi i sytuacja jest opanowana. Tę sztuczkę wypróbowano, zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych, i jak widać, nie okazała się szczególnie skuteczna, a – co gorsza – pozostawiła problemy w formie gwałtownie rosnącego długu publicznego oraz masy dodatkowego pieniądza. Konieczne są reformy ograniczające wydatki, by móc obniżać podatki i dług publiczny. Powinno się też upraszczać podatki tam, gdzie są skomplikowane, a tak jest np. w USA. Należy podnosić wiek emerytalny. Ten zabieg nie ogranicza popytu, a wręcz przeciwnie. Polityka reform jest jedynym dobrym rozwiązaniem dla krajów, które mają problemy i które chcą ich uniknąć, łącznie z Polską.

Ale co doraźnie należałoby zrobić, aby obecne załamanie na giełdach nie rozszerzyło się na sferę realną? Trzeci etap luzowania ilościowego w USA? Skup obligacji zagrożonych państw?

Nie widzę żadnych prostych ruchów, które na nieco dłuższą metę nie okazałyby się lekarstwem gorszym od choroby. Trzeba zdecydowanie wziąć się do reform, zwłaszcza finansów publicznych, a to wszędzie musi oznaczać ograniczenie rozbudowanego państwa socjalnego.

Wydawało się, że wyszliśmy z dołka, a tu światowa gospodarka ma znów problem. Czy to znaczy, iż polityka pobudzania fiskalnego, pakiety stymulacyjne, luzowania ilościowe były tylko marnotrawieniem pieniędzy?

Polityka pobudzania fiskalnego, którą rządy i wielu ekonomistów wychwalały kilka lat temu pod niebiosa, przyczyniła się do obecnej sytuacji. Byłem jednym z jej wczesnych krytyków. Doradcy prezydenta Baracka Obamy podsuwali mu konkretne liczby, że dzięki zwiększeniu zadłużenia powstaną np. 3 miliony nowych miejsc pracy. I dziś można powiedzieć „sprawdzam”. Efekt był niewielki i krótkotrwały, a deficyt i zadłużenie wielu krajów silnie wzrosły. Teraz muszą je redukować pod naciskiem rynków finansowych. A rynki to nie „spekulanci”, których uwielbia się wytykać w niektórych mediach, ale fundusze emerytalne, inwestycyjne czy towarzystwa ubezpieczeniowe. To ci, którzy zarządzają pieniędzmi masy innych ludzi i nie chcą, by tracili oni swoje oszczędności.

A jednak we wtorek pod presją walących się kursów akcji Fed zapewnił, że użyje wszelkich koniecznych narzędzi w celu wsparcia gospodarki, jeżeli tylko wystąpi taka potrzeba. Zapowiedział też, że co najmniej do połowy 2013 r. utrzyma rekordowo niskie stopy. Czyli pobudzanie ma się dobrze?

Obawiam się, że tak. Nie wiem, w jaki sposób dodatkowa dawka wątpliwego środka mogłaby zastąpić reformy.

Gdyby doszło do powtórki z kryzysu, to czy teraz świat i Polska są w lepszej sytuacji niż w końcu 2008 r.? W magazynku mamy już zdecydowanie mniej nabojów, np. nasz dług zbliżył się do progu 55 proc. PKB.

Te naboje nie miały za dużo prochu, bo – jak powiedziałem – pompowanie pieniędzy do gospodarki nie okazało się sukcesem i nie mogło zastąpić reform.

Skoro ponowna recesja raczej światu nie grozi, dlaczego inwestorzy tak łatwo wpadają w panikę?

Traktowałbym to raczej jako wzmocnione sygnały ostrzegawcze dla polityków. I – jak widać – niektórzy z nich podejmują reformy, o których przedtem nawet nie myśleli, np. w Hiszpanii.

Tylko że spowolnienie gospodarcze może być zabójcze właśnie dla największych dłużników. Grecja i Portugalia już teraz balansują na krawędzi bankructwa.

Trzeba odróżniać sytuację tych krajów. Grecki przypadek jest znacznie cięższy, bo poziom długu w relacji do PKB jest prawie dwa razy większy. Oprócz głębokich reform potrzeba redukcji długu. Jedno i drugie jest opóźnione. O zmniejszeniu zadłużenia, a musi to być pewnie co najmniej 50 proc., mówi się od ponad roku. Cała ta operacja nic jednak nie da, jeśli Grecy nie zreformują swojej gospodarki, która jest skrępowana przez różne przepisy i układy – rozległe upolitycznienie i upartyjnienie gospodarki. I nie ograniczą wydatków państwa.