– U nas nie ma przecen. Ceny są stale nawet dwukrotnie niższe niż w innych drogeriach – mówi Glesmann.

Jak to możliwe? – Towar jest importowany bezpośrednio z hurtowni w Wielkiej Brytanii. Producenci nie ponoszą żadnych dodatkowych kosztów za wstawienie towaru na półkę jak w innych sieciach – przekonuje Glesmann.

S&S ma sześć lokali własnych i siedem franczyzowych o powierzchni 60 – 100 mkw. W sierpniu otworzy sześć kolejnych, a na koniec roku chce ich mieć 30. Choć sklepy są na razie skoncentrowane w Wielkopolsce, S&S szuka franczyzobiorców w całym kraju, m.in w Katowicach i Krakowie. Aby otworzyć placówkę z logo S&S, wystarczy 15 tys. zł na wyposażenie sklepu i 60 tys. na zakup pierwszego towaru.

Czy uda mu się zawojować rynek? Koncept, wedle którego działa S&S, przyjął się w Wielkiej Brytanii. Tam taki typ sklepu zwany jest potocznie „one pound”. Ponieważ w Polsce klienci coraz częściej przy zakupach zwracają uwagę na cenę, sieć S&S liczy, że to właśnie ona przyciągnie klientów.

– Mamy najtańsze szampony, odżywki, pianki, dezodoranty, artykuły szkolne, słodycze i napoje. Cztery razy w roku będą się odbywały akcje sezonowe, np. związane z nowym rokiem szkolnym – mówi Glesmann.