Konsensusu nie widać chociażby w oczywistej z pozoru kwestii: czy nadmierne picie jest dobre, czy złe dla gospodarek narodowych.

Z początku prym wiodła frakcja antyalkoholowa. Jej członkowie przytaczali wiele silnych argumentów. Policzyli na przykład śmiertelność wywołaną piciem, która prowadzi do przedwczesnego uszczuplenia rezerwuaru siły roboczej oraz zwiększenie zachorowalności na niektóre dolegliwości, np. wątroby, za które płacimy wszyscy poprzez finansowanie z podatków systemu opieki zdrowotnej. Dowodzą też, że pijący są mniej efektywni w pracy. Prosty rachunek pokazuje, że w rozwiniętych państwach Zachodu z powodu nadmiernego picia PKB jest co roku niższy o 1 – 3 proc. Autorzy analiz brali nawet pod uwagę zyski, które sprzedaż – specjalnie przecież opodatkowanego – alkoholu przynosi budżetowi. Pokazali, że zmieniają one rachunek kosztów tylko marginalnie, bo państwa od dawna nie zarabiają na sprzedaży alkoholu tak dobrze jak kiedyś. Jeszcze pod koniec XIX w. przynosiła ona Koronie brytyjskiej (najsilniejszej ówczesnej gospodarce) prawie połowę rocznego budżetu. Dziś to nie więcej niż 5 proc. U nas jest tylko trochę lepiej. Według Związku Pracodawców Polskiego Przemysłu Spirytusowego w 2009 r. konsumpcja alkoholu w Polsce wzbogaciła rodzimy budżet o mniej więcej 10 mld zł – co stanowi 3,7 proc. – wliczając w to opłaty za udzielenie zezwoleń na hurtowy i detaliczny obrót wyrobami spirytusowymi.

Nie wszyscy zgadzają się z antyalkoholowym bilansem. Kilka lat temu zespół ekonomistów i biologów z Cambridge dowiódł, że zaglądanie do kieliszka wywołuje wprawdzie w Wielkiej Brytanii rocznie ok. 13 tys. przedwczesnych zgonów, ale dzięki piciu napojów procentowych (które bywają sojusznikiem w walce z chorobami) ratowanych jest ok. 15 tys. istnień. Krótko mówiąc, alkohol nie niszczy społeczeństwa, wręcz je konserwuje.

Z kolei Philip J. Cook z londyńskiej Szkoły Badań nad Higieną dowodził, że przekonanie o tym, jakoby osoby częściej sięgające po alkohol były mniej efektywne, jest wyssane z palca. Jego zdaniem amerykański Narodowy Instytut ds. Alkoholizmu (NIAA), wyliczając, że pijacy są o 1,5 – 1,8 proc. mniej produktywni, minął się z prawdą. Według Cooka NIAA nie uwzględnił w badaniu np. różnic w wykształceniu czy pochodzeniu, wrzucając wszystkich pijących do jednego worka.

Są jednak i inne fronty wojny o alkoholowe procenty. Przez długi czas klasyczna ekonomia stała na stanowisku, że nadmierne picie (podobnie jak każde inne uzależnienie) jest aberracją. Do czasu aż dwaj chicagowscy ekonomiści Kevin Murphy i Gary Becker zadali kłam temu twierdzeniu. W przełomowej analizie z 1988 r. dowiedli, że nawet nałogowe picie można traktować jako racjonalną długookresową strategię maksymalizacji korzyści i zadowolenia. Najlepszym dowodem było ich zdaniem to, jak pijak reaguje na radykalną i wiarygodną (czyli taką, która nie zostanie szybko odwołana) zapowiedź podwyżki cen alkoholu. Konsumpcja spada jeszcze przed jej wprowadzeniem. Dlaczego? Bo alkoholik wie, że jego picie nie jest jednorazowym wyskokiem. Albo jest zdeterminowany (bo po podwyżce nie będzie go np. stać na alkohol) i rzuca od razu, albo nie przestaje pić i dostosowuje się do nowych cen, ograniczając inne wydatki. Murphy i Becker dowiedli, że nawet pijaków można traktować jako pełnoprawnych uczestników rynkowej gry, która opiera się na założeniu, że en masse wszyscy jesteśmy racjonalni.

Im dłużej tropi się alkoholowe spory współczesnej ekonomii, tym wyraźniej widać, że temat często graniczy z obsesją. – Pijemy, bo jesteśmy monogamiczni, czy jesteśmy monogamiczni, bo pijemy – zastanawiają się ekonomiści z uniwersytetu w belgijskim Leuven. Ich zdaniem to nie przypadek, że jedynymi współczesnymi społecznościami, które mają pozytywny stosunek do poligamii, są mormoni oraz muzułmanie. Jednocześnie obie religie gardzą alkoholem. Z kolei Amerykanin Robin Goldstein dowodzi, że na zadowolenie z degustacji wina najbardziej wpływa nie jego smak, lecz... cena. Im wyższa, tym lepsza.

Przy okazji: Goldstein opublikował swoje badanie na stronie Amerykańskiego Stowarzyszenia Ekonomistów – Winiarzy. Taka instytucja naprawdę istnieje. I to może pozwala lepiej zrozumieć, dlaczego wśród ekonomistów alkoholowe tematy cieszą się popularnością.