Rynek wymusza na deweloperach kolejne obniżki cen i promocje. Już nie wystarczają upusty na cenie metra kwadratowego czy garaże i komórki bez dopłaty. Teraz firmy godzą się, by klienci płacili za budowane mieszkanie dopiero po odebraniu kluczy. Jeszcze trzy lata temu przed odebraniem kluczy trzeba było zapłacić 100 proc. wartości mieszkania.

Firma Leyetana, która rozpoczęła właśnie budowę osiedla Mozaika Mokotów, zaproponowała, by klienci przy podpisywaniu umowy wpłacali tylko 10 proc. zaliczki. Resztę uregulują po odbiorze technicznym mieszkania. Z podobną ofertą wyszły spółki Atal, Budimex Nieruchomości, Breevast, ECC Real Este czy Gant.

– To obecnie jedyny szybki sposób na przyciągnięcie klientów do nowo rozpoczynanych inwestycji – mówi Bartosz Turek, analityk z Home Broker.

Sami sfinansują

Przekonała się o tym spółka Gant, która w ten sposób sprzedaje mieszkania na budowanym właśnie osiedlu przy ul. Karpia w Poznaniu, a także Na Olszy w Krakowie. Mimo że część mieszkań znajduje się dopiero na etapie dziury w ziemi, to firma sprzedała już ok. 50 proc. swoich lokali.

Co prawda będzie ona musiała finansować inwestycje z własnych środków lub kredytów, przez co jej zyski będą mniejsze, ale ma pewność, że wybudowane mieszkania nie będą stały puste. Nie będzie ponosić więc kosztów ich utrzymania w przyszłości.

Takie rozwiązanie jest na pewno korzystne dla nabywców. Po pierwsze, w przypadku plajty dewelopera tracą tylko niewielką część oszczędności, a po drugie, kredyt na zakup mieszkania mogą zaciągnąć dopiero za rok lub dwa.

– Co prawda niektórzy deweloperzy doliczają za taką gwarancję bezpieczeństwa od 4 do 8 proc. do ceny kupowanego mieszkania, ale to i tak jest mniej niż w przypadku kosztów obsługi kredytu hipotecznego – mówi Bartosz Turek.

Za dużo mieszkań

Obecnie, jak wynika z raportu przygotowanego przez firmę badawczą Home Broker, na zwalnianie klienta z kosztów budowy godzi się 5 – 7 proc. firm deweloperskich, ale ich liczba będzie rosnąć, w miarę jak rośnie liczba nowo rozpoczynanych budów. A tych szybko przybywa. Tylko do końca listopada ubiegłego roku spółki rozpoczęły 53 tys. nowych inwestycji, czyli o 50 proc. więcej niż w 2009 roku. Jeśli takie tempo się utrzyma, to na przełomie 2011 i 2012 roku na rynek wejdzie grubo ponad 100 tys. nowych mieszkań. Tymczasem popyt rośnie znacznie wolniej. Z wstępnych szacunków analityków wynika, że w 2010 r. Polacy kupili ok. 30 tys. mieszkań, czyli o ponad 50 proc. mniej niż w rekordowym 2007 roku. I na razie nic nie wskazuje też na to, że liczba kupujących znacząco się zwiększy. To m.in. efekt wprowadzonych przez Komisję Nadzoru Finansowego obostrzeń w polityce kredytowej, a także ograniczeń w programie „Rodzina na swoim”, które mają wejść w życie w tym roku. Eksperci już dziś przewidują, że rosnąca podaż przyśpieszy dojrzewanie naszego rynku nieruchomości. – Możemy się spodziewać nie tylko wyhamowania wzrostu cen, lecz także poprawy jakości nowych mieszkań, a także większego udziału deweloperów w finansowaniu nieruchomości – mówi Turek. – W Niemczech, Wielkiej Brytanii czy we Francji zwłaszcza teraz, po kryzysie, to, że deweloper finansuje budowę, jest normą. Klient płaci za gotowy produkt.