Analizy przeprowadzone przez Akademię Rozwoju Systemów Sieciowych dowodzą, że w ciągu najbliższych kilku lat liczba zagranicznych sklepów działających pod szyldami polskich marek będzie się zwiększała w tempie 15 – 20 proc. rocznie. Rodzime firmy do inwestowania w zagraniczną franczyzę zachęcają przede wszystkim sukcesy osiągnięte w kraju. Niektóre z nich przyznają wprost, że na rodzimym rynku brakuje już dla nich miejsca i zagraniczna ekspansja jest dla nich jedyną szansą na dalszy rozwój.

– W Polsce mamy już 120 salonów. Tempo ich wzrostu nie jest już tak wysokie jak przed laty. Ekspansja zagraniczna pozwala je zwiększyć, a także przyczynia się do rozwoju eksportu naszych towarów – twierdzi Monika Tokarska z grupy meblowej Vox, która ma za granicą 40 salonów.

Nie tylko ciuchy

Przykład Voksu dowodzi, że za granicę nie wybierają się – jak zwykło się sądzić – wyłącznie marki z branży odzieżowo-obuwniczej. Choć tych nadal jest najwięcej.

Spośród 45 polskich firm rozwijających zagraniczną franczyzę aż 25 stanowią właśnie spółki zajmujące się produkcją ubrań i butów. Im udało się dotrzeć nawet na tak egzotyczne rynki, jak Liban (Big Star), Chiny (Tatuum) czy Arabia Saudyjska (dziecięce Coccodrillo). – Wiele firm z tej branży uruchomiło już za granicą ponad 20 salonów. Tylko Atlantic ma pod swoją marką 58 sklepów w dziewięciu krajach Europy Środkowej i Wschodniej, z czego 50 prowadzonych jest przez franczyzobiorców – wylicza Joanna Cabaj-Bonicka z ARSS.

Sukcesy, jakie polskie buty, spodnie, majtki czy koszule odnoszą za granicą, zachęciły do ekspansji także inne branże, m.in. kosmetyczną, spożywczą i gastronomiczną. Sieć restauracji Sphinx, pizzerie Dominium oraz Ready’s i Greco (serwują dania kuchni śródziemnomorskiej) mają już po kilka lokali w Rumunii i planują ruszyć na podbój nowych rynków. Podobnie jak marka sklepów osiedlowych Żabka, która w 2008 r. zaczęła inwestować w placówki na terenie Czech, a dzisiaj ma ich tam już 100.

Jednak najbardziej spektakularny sukces bez wątpienia osiągnął producent kosmetyków Inglot, który co prawda ma za granicą tylko 70 salonów, jednak w bardzo prestiżowych lokalizacjach, np. w Las Vegas, Nowym Jorku, Australii, Omanie, Katarze i Indiach. A to nie koniec ekspansji marki. – Mamy już zawarte umowy na kolejne 19 salonów. Powstaną one m.in. na Wyspach Kanaryjskich, Malcie i Cyprze, a także w Danii czy Libii. Oprócz tego prowadzimy negocjacje w sprawie kolejnych kilku placówek w USA i Europie – wyjaśnia Wojciech Inglot, właściciel marki.

Konkurencja jest duża

Jednak sukces Inglota nie każdemu udaje się powtórzyć, o czym na własnej skórze przekonała się dr Irena Eris. Jej instytuty kosmetyczne w Moskwie, Bogocie, Kaliningradzie i Pradze zostały zamknięte po kilku latach działalności. Podobny los spotkał salony firm Monnari i Diverse. – W branżach kosmetycznej i odzieżowej najtrudniej jest prowadzić działalność na zachodnich rynkach. Konkurencja jest tu bardzo duża, a lokalne marki mają zazwyczaj silną pozycję – zauważa Tomasz Manowiec, analityk BGŻ.