Chris Anderson, redaktor naczelny magazynu „Wired”, figuruje na liście płac swojego pracodawcy, amerykańskiego wydawcy Conde Nast, obok szefów takich pism, jak „Vogue” i „Vanity Fair”. Nie wyznacza jednak trendów w modzie jak Anna Wintour, szefowa „Vogue”, ani nie kreuje gwiazd niczym Graydon Carter w „Vanity Fair”. 49-letni szef „Wired” opisuje i wyznacza trendy w świecie internetu, nowych technologii i biznesu. W 2007 r. amerykański tygodnik „Time” zaliczył go do grona stu najbardziej wpływowych ludzi świata spośród naukowców i myślicieli. Sam nie zarobił miliardów, ale jego teorie mają ogromny wpływ na biznes i jego przyszłość.

Rozmawiamy w gabinecie Andersona w redakcji „Wired”, którą kieruje od 9 lat. W niedużym, jasnym pomieszczeniu, oprócz archiwalnych wydań magazynu, rzuca się w oczy wisząca na jednej ze ścian ogromna tablica zapisana wzorami i wykresami, jakby przed chwilą odbył się tu wykład z matematyki. Anderson, fizyk z wykształcenia, zanim zaczął karierę w dziennikarstwie, prowadził badania w laboratoriach Los Alamos w Nowym Meksyku. Dziś rozpisuje w akademickim stylu tezy swoich tekstów.

Biblia z magazynu

Choć „Wired” to jedna z pereł w koronie Conde Nast, w przeciwieństwie do pozostałych tytułów jego redakcja nie mieści się w luksusowym biurowcu przy Times Square w Nowym Jorku, tylko w ogromnym, szarym, betonowym gmachu przy 3. ulicy w San Francisco, niedaleko mostu Bay Bridge, kilka minut spacerem od ścisłego centrum.

Na zewnątrz budynku nie ma żadnego szyldu ani tablicy informacyjnej. Jedynym znakiem potwierdzającym, że znajduje się tu „Wired”, jest przymocowana na rogu budynku zielona flaga z logo pisma. – Przyznam, że nie wiem, co tu wcześniej było: fabryka czy magazyn. Musimy to sprawdzić – uśmiecha się Missy Schwartz, asystentka Chrisa Andersona.

W środku nie ma ani jednej pustej ściany – wszędzie wiszą okładki archiwalnych wydań „Wired”. Na oddzielających stanowiska pracy szafkach można zobaczyć zdalnie sterowany samochód czy model statku kosmicznego.

Gdy Anderson obejmował funkcję szefa „Wired”, było ono pismem dla geeków, komputerowych maniaków z Silicon Valley. Conde Nast szukało kogoś, kto wprowadzi je na szerokie wody, przyciągnie reklamodawców i zacznie zarabiać. Anderson urozmaicił tematykę pisma o biznes, medycynę, a nawet kulturę, wprowadził reportaż i rozbudowane grafiki. Dziś pisać dla „Wired” to grać w pierwszej dziennikarskiej lidze. Stale współpracują z nim najbardziej znani autorzy, wśród których jest futurysta Kevin Kelly, Steven Levy, Clive Thomson czy od niedawna Micheal Wolff. Trzy razy „Wired” zdobyło tytuł najlepszego magazynu roku.

– 15 lat temu opisywaliśmy subkulturę. Dla większości ludzi rzeczy, które działy się w Silicon Valley, były dziwne i niezrozumiałe. Jednak wszystko, co przepowiedzieliśmy, stało się prawdą i codziennością. Dziś każdy jest naszym potencjalnym czytelnikiem. Dawna nisza stała się mainstreamem – tłumaczy w luźnej rozmowie Anderson,ubrany w dżinsy, tenisówki i podkoszulek.

Anderson opowiada o swojej najnowszej książce, która w księgarniach ukaże się dopiero w 2012 r. Jego zdaniem w ciągu najbliższej dekady będziemy świadkami rewolucji w świecie produkcji dóbr. Dzięki temu, że technologie są coraz tańsze i dostępne niemal dla każdego, nastąpi odwrót od masowej produkcji, zdominowanej przez globalnych gigantów i sterowanej przez rządy czy instytucje. Rynek zasili produkcja niszowa. Zamiast kupować najnowszy model forda czy toyoty, dostępny na całym świecie, będzie można zamówić unikatowy, skrojony na miarę samochód. – To całkowicie zmieni świat, bo pozwoli na odejście od globalizacji, która obniżała koszty, lecz unifikowała produkcję, do globalizacji, która obniża koszty, ale wspiera i umacnia różnorodność, unikatowość – tłumaczy Anderson.

Podaje przykłady przedsiębiorców, którzy są zapowiedzią nadchodzącej rewolucji. Jedną z nich jest firma Local Motors mieszcząca się w Wareham w stanie Massachusetts. W czerwcu tego roku wprowadziła na rynek samochód terenowy Rally Fighter kosztujący 50 tys. dol. Projekt auta stworzyli miłośnicy motoryzacji skupieni wokół serwisu internetowego Local Motors. Wśród nich studenci, projektanci i inżynierowie. Oczywiście, za darmo. Do budowy samochodu wykorzystywane są części dostępne na rynku. Jay Rogers, 36-letni właściciel Local Motors, planuje wypuścić od 500 do 2 tys. sztuk kilku zaprojektowanych w ten sposób pojazdów. Jego firma osiąga już przychody rzędu 7 mln dol. i zatrudnia około 10 osób, podczas gdy przy projektowaniu kolejnych samochodów, bez wynagrodzenia, udziela się około 5 tys. osób, które są członkami społeczności Local Motors i kontaktują się ze sobą za pomocą internetu.

– Jeśli teza, że do podboju świata wystarczy tylko dobry pomysł na biznes, może być prawdziwa, widzimy to właśnie teraz. Dzięki internetowi w ciągu kilku godzin można zlokalizować tanią fabrykę w Chinach, która wyprodukuje każdy projekt. Są już serwisy, które się tym parają, np. Alibaba.com – podkreśla Anderson. Jego zdaniem dokonującą się rewolucję doskonale ilustruje przykład jego własnej działalności. Konikiem szefa „Wired” są bezzałogowe samoloty. Na pomysł zarabiania na ich produkcji wpadł trzy lata temu, gdy zobaczył, że ceny żyroskopów (urządzeń pozwalających na pomiar położenia) spadły do poziomu zaledwie kilkuset dolarów. Tak powstał serwis internetowy DIY Drones skupiający miłośników bezzałogowców. Anderson zajął się projektowaniem maszyn ze znajomą Jordi Munoz. W pierwszym roku działalności przychody ich minifabryki wyniosły 250 tys. dol. W tym roku zarobią pierwszy milion. Przekonuje, że zakład otworzyli w garażu dzięki temu, że rozwój technologii obniżył ceny potrzebnych urządzeń i materiałów. – Nadchodzi czas mikrofabryk. Dotychczas mieliśmy do czynienia z długim ogonem cyfrowych dóbr, teraz pora na długi ogon rzeczywistych towarów – dodaje szef „Wired”.