Niestety, podobnie jak wielu studentów ekonomii, oblał on egzamin w 2008 roku, przewidując nowe rekordy cenowe, mimo że na horyzoncie majaczyła już najgorsza od pokoleń recesja.

Nie oznacza to jednak, że nasz doktorek jest bezużyteczny. Połączmy ceny złomu miedzianego z szerszym koszykiem podstawowych surowców przemysłowych, od łoju po gumę, i zyskamy podręczny prognostyk inflacji. Inwestorzy zastanawiają się, czy USA zmierzają w stronę deflacji – ostatni spadek obrotów w handlu takimi surowcami jak ropa odsłania tę samą obawę – ale popyt na podstawowe surowce przemysłowe pozostaje wysoki.

Nie jest to bez znaczenia, bo większość surowców, które obejmuje przemysłowy indeks CRB, nie jest przedmiotem powszechnych transakcji inwestorów. W rezultacie odzwierciedlają one realne podaż i popyt, a nie tylko spekulacje; możemy do nich zaliczyć złom, tkaniny i kalafonię.

Co przydatne dla inwestorów, od 2007 roku te ceny wyprzedzają amerykańską inflację o około dwa miesiące. Jeżeli ta relacja się utrzyma, stosunkowo stabilne ceny surowców przemysłowych sugerowałyby, że spadek cen konsumenckich powinien się wkrótce odwrócić.

W istocie ceny podstawowych materiałów nieprzetworzonych pozostają jedynie około 5 proc. poniżej rekordu wszech czasów sprzed dwóch lat. Dla odmiany surowce transakcyjne znajdują się średnio o 40 proc. poniżej szczytu.

Słabość amerykańskiej gospodarki była widoczna na początku tygodnia za sprawą pierwszego spadku wydajności od 2008 roku i niewielkiego pogorszenia nastrojów w biznesie. Jeżeli połączymy to z cenami surowców wspieranymi przez popyt z Chin, to warto zapytać, czy powinniśmy się bardziej bać amerykańskiej stagflacji, czy deflacji. Odpowiedź brzmi jednak, że zapewne nie.

Wprawdzie ceny podstawowych surowców mocno wzrosły, jednak po uwzględnieniu inflacji pozostają one niższe niż 20 lat temu. Ceny produkcji to kolejny negatywny czynnik ekonomiczny obok słabości amerykańskiego konsumenta i zadłużenia rządu.

tłum. tk

© The Financial Times Limited 2010. All Rights Reserved