Inwestorów rozczarowało przede wszystkim to, że Rezerwa Federalna nie zamierza drukować dolarów, by wykupywać amerykańskie obligacje skarbowe. Fed ogłosił, że będzie to robić jedynie z pieniędzy uzyskanych z zapadających obligacji hipotecznych i odsetek od nich. Na dodatek amerykański bank centralny mocno zaakcentował fakt, że odbudowa gospodarki amerykańskiej wcale nie będzie szła jak po maśle, więc utrzymywanie rekordowo niskich stóp procentowych jest niezbędne. To był pretekst do pozbywania się akcji na całym świecie.

– Jesteśmy w fazie spowolnienia, nadal nie ma wyraźnego odbicia w gospodarce, więc inwestorzy zastanawiają się, dlaczego Fed nie zrobił nic więcej. Ludzie pozbywają się akcji z obawy przed spadkiem kursów i ze strachu przed tym, że gospodarka traci rozpęd – mówił agencji Bloomberg James Swanson z MFS Investment Management.

Oprócz rozczarowania decyzjami Fed rynkowi nie spodobały się słabe dane z Azji. Chińska produkcja przemysłowa i sprzedaż detaliczna wzrastały wolniej od prognoz i najwolniej od blisko roku. Wczorajsze sesje w Europie zakończyły się na minusach. Brytyjski FTSE-100 stracił 2,44 proc., niemiecki DAX spadł o 2,10 proc., a francuski CAC-40 – o 2,74 proc.

Dużo działo się też na rynku walutowym. Euro wyraźnie straciło do dolara. Po południu za europejską walutę płacono 1,289 dolara, podczas gdy rano było to 1,31 dolara.

– Rynkiem dodatkowo wstrząsnęła plotka, że w czasie środowych transakcji repo organizowanych przez Europejski Bank Centralny pożyczającymi były tylko dwa irlandzkie banki. To na nowo rozbudziło obawy o stabilność systemu bankowego w Europie – mówi „DGP” Marek Wołos z TMS Brokers.

Osłabienie euro nie mogło pozostać bez wpływu na notowania złotego. W ciągu dnia znalazł się on wyraźnie powyżej granicy 4 zł za euro – choć na koniec notowań wspólna waluta kosztowała 3,9972 zł.

– Przy tak złej relacji euro – dolar, złoty wcale nie stracił dużo. Mamy chyba jednak początek średniookresowej korekty, podczas której dolar będzie kosztował około 3,20 zł – mówi Marek Wołos z TMS Brokers.

Straty liczyła też wczoraj warszawska giełda. WIG20 zakończył sesję spadkiem o 1,38 proc. do 2455,41 pkt. – Inwestorzy zaczęli zdawać sobie sprawę z nie najlepszych danych z tego i ubiegłego tygodnia. Szczególnie zły wpływ mają informacje o zatrudnieniu w USA – mówi Tomasz Jerzyk z DM BZ WBK. Dodaje, że pod względem technicznym sygnałem do dalszych spadków byłoby zejście WIG20 poniżej wsparcia na poziomie 2433 pkt, które wyznacza szczyt indeksu z końca maja. Sygnałem, który potwierdziłby jednak, że indeks ma szanse na dalsze wzrosty, byłby powrót powyżej 2524 pkt.