Dotacje Kremla – jak mówił nam ekonomista Jarasłau Ramanczuk – do niedawna zabezpieczały aż 15 proc. PKB. Dzięki nim władze w Mińsku terminowo wypłacały pensje i zapewniały pełne zatrudnienie. Krajowi udało się nawet – dzięki zachodnim i rosyjskim kredytom – przejść w miarę suchą stopą przez kryzys gospodarczy. Choć gospodarka zwolniła z kilkunastu do 0,3 proc., recesji udało się uniknąć.

Konflikt z Kremlem i wstrzymanie jego pomocy zepsuło korzystny dla władz trend. Do maja 2010 r. początkowy proficyt zmienił się w 3-proc. deficyt, dwukrotnie wyższy, niż przewiduje budżet. Mińskowi trudno będzie osiągnąć założony poziom dziury budżetowej, ponieważ jednocześnie założono nierealny wzrost PKB na poziomie 12 proc.

Białoruskie przedsiębiorstwa z opóźnieniem odczuły światowy kryzys. Aż 77 proc. firm wykazuje straty, wiele zalega z podatkami. Po wprowadzeniu przez Rosję ceł eksportowych na ropę płynność finansową straciły nawet rafinerie, będące głównym źródłem dewiz.

Ratunkiem miało być sprowadzanie surowca z Wenezueli, jednak tamtejsza ropa okazała się 1,5 raza droższa od rosyjskiej. Skutkiem był dramatyczny spadek rezerw walutowych do 6 mld dol., co dziś wystarczyłoby na spłacenie zaledwie trzech miesięcy importu. Rezerwy nadal topnieją, bo deficyt na rachunku bieżącym sięga 13,5 proc.