Jeszcze rok temu sztandarowy projekt Baracka Obamy – regulacja rynku finansowego – uznawano za przełom, który nałoży kaganiec na Wall Street. Po półtora roku w Kongresie rewolucyjny zapał opadł. Co najmniej pięć kluczowych rozwiązań ustawy zostało rozmytych. Plan Obamy pozostał przełomowy, ale tylko w komunikatach prasowych Białego Domu.

Według Center for Responsive Politics od stycznia 2009 roku, gdy zaczęto prowadzić prace nad ustawą, do czerwca tego roku sektor finansowy wydał na utrącenie najbardziej radykalnych zapisów blisko 600 milionów dolarów. Negocjacje prowadzono za zamkniętymi drzwiami, a nie, jak wcześniej obiecywano, podczas posiedzeń transmitowanych przez telewizję. Transparentność tworzenia ustawy była jednym z najważniejszych chwytów propagandowych Białego Domu. Zamiast niej mieliśmy gabinetowe przepychanki.

Sercem reformy jest tzw. zasada Volckera. W skrócie polega ona na oddzieleniu działalności inwestycyjnej od komercyjnej (ograniczenie możliwości spekulowania własnym kapitałem).

Diabeł tkwi w szczegółach

Wielkie banki będą wprawdzie musiały się pozbyć większości swoich udziałów w funduszach hedgingowych, jednak pozwolono im zatrzymać do 3 procent kapitału ulokowanego w tej formie. Pierwotna wersja senacka zabraniała bankom inwestowania w fundusze hedgingowe i private equity w ogóle. Te 3 procent było ceną, jaką Demokraci musieli zapłacić za poparcie jednego z trzech wspierających ustawę senatorów Partii Republikańskiej, których głosy były niezbędne dla przeprowadzenia reformy.

Kluczowe jest również interpretowanie zapisów odnoszących się do zasady Volckera. – Są one sformułowane bardzo ogólnie. Bitwa przenosi się teraz do odpowiednich agencji rządowych, które będą je interpretowały – mówił amerykańskim mediom Richard Coll z waszyngtońskiej kancelarii prawnej DLA Piper.

Dlatego cała uwaga lobbystów będzie skierowana na Fed. To m.in. Rezerwa Federalna wyznaczy, ile dokładnie czasu banki dostaną na odcięcie się od funduszy hedgingowych i które transakcje spekulacyjne będą zabronione.

Łaska dla agencji

Ostateczna wersja reformy jest też łagodniejsza dla agencji ratingowych. Obok bankowców są one uznawane za praprzyczynę zła w gospodarce USA. To one miały upubliczniać nieprawdziwe analizy pozwalające zarabiać na spekulacjach. W pierwotnej wersji ustawy Obamy inwestor miał mieć łatwą ścieżkę do pozwania agencji, jeśli uznał, że jej analizy były błędne. W ostatecznej procedura jest znacznie bardziej skomplikowana.

600 mln dol. – tyle wydali od stycznia 2009 do końca maja 2010 r. lobbyści na utrącenie najbardziej niekorzystnych dla finansjery zapisów ustawy Obamy

2536 dol. – kosztowała każdego amerykańskiego podatnika pomoc, której państwo udzieliło instytucjom finansowym od października 2008 do lutego 2009 r.