Silny wstrząs, jakim było osłabienie euro wywołane wzrostem obaw o wypłacalność Grecji i innych krajów ze strefy euro, na nowo wywołał w Polsce dyskusję o zasadności szybkiego przyjęcia wspólnej waluty. Przedstawicielom rządu wyraźnie przestało się spieszyć do strefy euro. Najpierw premier powiedział, że nie jest priorytetem podawanie kolejnych dat przyjęcia euro. Z tą opinią zgodził się też minister finansów, który porównał strefę euro do domu wymagającego remontu.

– Wydaje mi się, że z naszego punktu widzenia nie jest źle być poza strefą teraz, gdy będą ją naprawiać – mówił w ubiegłym tygodniu Jacek Rostowski dla „DGP”.

Jeszcze do końca nie wiadomo, w którym kierunku pójdzie ten remont. Wstępne projekty już są. Komisja Europejska zaproponowała zaostrzenie kar za łamanie dyscypliny budżetowej. Według propozycji KE krajom członkowskim, które naruszałyby dyscyplinę, groziłoby odebranie unijnych środków. Komisja chce też w większym stopniu wziąć pod lupę dług publiczny. Dziś niechlubną zasadą jest, że w części krajów strefy euro praktycznie bez żadnych konsekwencji zadłużenie przekracza poziom 60 proc. PKB. Najwięcej kontrowersji budzi pomysł zwiększenia kontroli już na etapie projektowania budżetów. Komisja chce, aby projekty – zanim trafią pod obrady parlamentów narodowych – były dyskutowane przez Ecofin, zgromadzenie unijnych ministrów finansów.

Polscy ekonomiści uważają, że strefa euro ma szansę wyjść z ostatniego kryzysu obronną ręką. Jednak o ile polski rząd powinien przyglądać się kierunkowi zmian w strefie euro, to najważniejsze obecnie powinny być reformy, które umożliwią spełnienie kryteriów przyjęcia wspólnej waluty. Bo dziś nasz kraj nie spełnia żadnego z unijnych wymogów.

– Pierwsza prawdopodobna data przyjęcia euro to 2015 rok. Do tej pory powinniśmy wiedzieć, jak zmieniła się strefa euro – mówi Piotr Bielski, ekonomista BZ WBK. – Ale Polska powinna być do akcesji gotowa. Obniżenie deficytu i długu i tak jest potrzebne – dodaje.

Ekonomiści, z którymi rozmawiał „DGP”, nie sądzą, aby eurosceptyczny ton w wypowiedziach przedstawicieli rządu oznaczał, że rząd będzie teraz grał na czas we wprowadzaniu reform. Jak mówi Marcin Mróz, główny ekonomista BNP Paribas Fortis, inne czynniki zmuszą władze do zrobienia porządku w finansach publicznych.

– Pierwszy to program konwergencji, w którym zobowiązaliśmy się do ograniczania deficytu poniżej 3 proc. PKB w 2012 roku. Drugi to rynek – mówi ekonomista. I dodaje, że na razie duży deficyt i dług publiczny nie odstraszają od nas inwestorów.

– W dłuższym czasie brak postępów w konsolidacji fiskalnej może być przyczyną gorszej oceny polskiej gospodarki – mówi Marcin Mróz.

Według ekonomisty to wystarczy, by rząd musiał przeprowadzić niezbędne reformy.

– To, czy będziemy chcieli wejść do strefy euro szybciej, czy wolniej, ma drugorzędne znaczenie – mówi Marcin Mróz.